Cynamon. >> niedziela, 22 marca 2009 13:05:54
Ja tu sobie tak cicho siedzę i nic nie piszę, ale ach, szkoda mi Teatru, to moje dziecko ukochane, które porzuciłam... Trzeba je będzie zacząć znów wychowywać, niech ja tylko wolną chwilę znajdę, bo tymczasowo poświęcam się mojemu drogiemu CYNAMONOWANIU, co uwielbiam, ubóstwiam i tak dalej i tak dalej.
komentarze [6]

"Spróbować jeszcze raz" [12, 2/2] >> niedziela, 17 sierpnia 2008 13:18:11
Zanim się zorientowała, znów siedziała w ciemnym pomieszczeniu ze szklanką czegoś zimnego w dłoniach. Osoba, która ją tu przyprowadziła milczała, więc Carolin nie mogła rozpoznać, kto właśnie uratował ją przed kompletną kompromitacją. Młoda kobieta starała się oddychać głęboko i przemyśleć wszystko spokojnie. Ian zachował się jak Ian, niczego innego nie mogła i nie powinna się po nim spodziewać, ale Han? Wydawało jej się, że poznała go dość dobrze, ale, jak się okazało, była w błędzie. Zachowanie Japończyka, którego uważała za inteligentnego i wartego zainteresowania mężczyznę, było, łagodnie mówiąc, dziecinne.
- Lepiej? – cichy głos wyrwał ją z odrętwienia.
- Powiedzmy – odparła krótko. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że skądś go zna, jednak otępiały umysł z trudem przyswajał nowe informacje. Carolin wstała i podeszła do migoczącego na ścianie punktu, by zapalić światło. Pokój rozjaśnił się, a szatynka z niedowierzaniem zamrugała oczami, nie wierząc temu, co widzi.
- Ann? – wyjąkała niepewnie.
Rudowłosa sugestywnie uniosła brew - nie zadała sobie trudu by odpowiedzieć w jakikolwiek inny sposób. Milczały przez chwilę, mierząc się wzrokiem.
- Dziękuję – powiedziała w końcu Lin i spojrzała Ann prosto w oczy.
- Ależ proszę bardzo. Przyjaciele powinni sobie pomagać i zawsze być wobec siebie fair, nieprawdaż? – zapytała słodko ruda. Zmrużyła powieki i przyglądała się Baumer z zainteresowaniem.
- A to zależy, wiesz – Lin podjęła grę, zapoczątkowaną przez koleżankę. – Są rzeczy, do których nie chcemy się przyznać sami przed sobą, a co dopiero mówić o tym komuś drugiemu – odpowiedziała.
- A po co wtedy kłamać? – De Vries nie poddawała się tak łatwo.
- Po co? – Lin przeciągała sylaby, chcąc zyskać czas do namysłu. – Bo gdybym powiedziała ci, że nie mogę wyjawić, dlaczego w każdą niedzielę nie ma mnie dla świata, to nie byłabyś zadowolona.
Ann otworzyła usta, jednak zamknęła je po chwili, uświadamiając sobie, że Carolin ma rację.
- Wygrałaś – przyznała niechętnie. – Co nie zmienia faktu, że zachowałaś się jak ostatnia – celowo nie dokończyła – i nie mam ochoty dłużej z tobą rozmawiać.
- Ty nic nie rozumiesz – Lin z rezygnacją pokręciła głową.
- Bo nie chcę rozumieć. Oszukałaś mnie, zamiast po prostu powiedzieć, co robisz. Charakteryzacja, wyścigi, kasa, w co ty pogrywasz? – Emocje brały górę nad rozsądkiem, głos odmawiał posłuszeństwa.
- Nie teraz Ann, nie teraz – Carolin błagalnie spojrzała na rudowłosą.
- Jeśli nie teraz to nigdy – powiedziała szorstko Ann, zakładając ręce na piersi.
Carolin podniosła dłoń do ust, wciąż się wahając. Nie mogła powiedzieć jej wszystkiego, nie teraz, nie tutaj. Ściany miały uszy, nie była na swoim terenie, musiała być ostrożna i uważna, musiała się pilnować i pamiętać o tym, że prawdopodobnie nie ma tu nikogo, kto by ją zrozumiał.
- Zadzwonię, obiecuję – w jednej chwili znalazła się przy wyjściu – zadzwonię, a ty odbierz, wyjaśnię ci wszystko, od początku do końca i do ciebie będzie należała decyzja, co dalej. Czy mi uwierzysz i wybaczysz, czy dojdziesz do wniosku, że znów kłamię – położyła dłoń na klamce i uśmiechnęła się gorzko. – Tylko odbierz.
Ann nie zdążyła zaprotestować - Carolin Baumer już nie było.

***

Han siedział na wygodnej kanapie i powoli sączył drinka. Nie spodziewał się takiego obrotu akcji, ale cóż, czasu nie da się odwrócić, a z całej sytuacji może uda się zgrabnie wybrnąć.
- Ty! – Lin pojawiła się przed nim tak szybko, że nawet nie zdążył wstać. – Co to miało być? To wystąpienie? Ważna osobistość, którą muszę poznać? Ten zafajdany szczeniak!?
- Próbowałem znaleźć ci nowego przyjaciela, ale nie wykazałaś chęci jakiegokolwiek kontaktu – odparł, przyglądając jej się chłodno.
- Wybacz, iż zawiodłam twoje oczekiwania – starała się zamaskować to, jak bardzo zabolała ją uwaga o przyjacielu.
- Nic nie szkodzi, kochanie – Han odstawił kruche naczynie i położył ręce na kolanach. – Możemy spróbować jeszcze raz, dam ci tę szansę.
- Dzięki – cierpki ton dziewczyny tylko go rozbawił – ale nie trzeba. Poradzę sobie sama, a poza tym – Carolin pochyliła się nad nim, a Japończyk bezceremonialnie wpatrzył się w głębokie wycięcie sukienki – wszystko wraca do normy, nie potrzebuję nowego przyjaciela – świadoma faktu, iż Nayoa co chwila zerka jej w dekolt, położyła rękę na klatce piersiowej, uśmiechając się z wyższością.
- Och, chyba mamy towarzystwo – mężczyzna ruchem głowy wskazał nadchodzących ludzi. Lin nie potrzebowała lepszej zachęty do opuszczenia przyjęcia. Położyła palec na ustach Hana, pocałowała go w policzek i oddaliła się, zanim Ian i reszta zdążyli się dosiąść.
- Poszła? I dobrze. Mam jej dość – wybuchnął starszy Meyer. – Pieprzona smarkula, która…
- Która jest od ciebie starsza, pragnę ci przypomnieć – wszedł mu w słowo Han, przewracając oczami. – Uspokój się, to nie pierwsze i nie ostatnie wasze spotkanie. – rzucił, świadom, że jego słowa wywołają burzę. I rzeczywiście. Dredowłosy zaczerwienił się mocno i rąbnął pięścią w ławę stojącą przed nimi.
- Ja mam się uspokoić? Przyjeżdża tu i wygrywa wszystkie wyścigi, w których bierze udział, gra mi na nerwach i uważa, że jest dobrym kierowcą, na dodatek psuje mi wieczór – wrzasnął rozwścieczony.
Han ziewnął ostentacyjnie, spokojnie czekając, aż młody kierowca się uspokoi.
- Na dodatek w chwili, kiedy mogłem ją upokorzyć, zjawiła się jej przyjaciółeczka, która podobno miała nie być jej przyjaciółką i po prostu ją stamtąd zabrała!
- Ta ruda? – Tim zignorował poprzednie uwagi brata, skupiając się jedynie na tej ostatniej.
- Tak, ta mała, śliczna istota, której koleżanki dostają orgazmu na dźwięk twojego imienia – do rozmowy wtrącił się Dero. Rozsiadł się obok Iana i dolał mu trunku.
- Miała ładne piersi – stwierdził dość trzeźwo. Młodzieńcy roześmiali się – czworo młodych ludzi i mężczyzna, bez stresu spędzających miły wieczór na imprezie, dyskutujących o dziewczynach, trunkach, piersiach, samochodach.
Troje.
Ian Meyer i Han Nayoa siedzieli nic nie mówiąc. Han przysłuchiwał się wymianie zdań, jednak wolał się nie odzywać. Ian miał zaś inne zmartwienia – dał się sprowokować, ta kobieta wyprowadziła go z równowagi i to skutecznie. A miało być zupełnie inaczej! On miał triumfować, on miał być górą, on miał patrzeć jak skręca się z bezsilnego gniewu. Tymczasem nie dość, że nie zdołał się opanować, to na dodatek zarobił w twarz. Mimowolnie potarł policzek, przeżywając upokorzenie na nowo.
- Ma ładne piersi i usta stworzone wprost do całowania – wtrącił się.
- Była ładna – Tim zmarszczył brwi, nie rozumiejąc kpiny brata.
- Poprawka kochanie. Jest ładna – Ian oparł się łokciami o stolik. – I w przeciwieństwie do…
- Meyer powtarzam ci po raz ostatni, przestań przeżywać tę sytuację – ostry ton Hana nie pozwolił mu dokończyć. – Zajmij się tym, co będzie, a nie tym, co było. Martw się przyszłością, bo wygląda na to, że przyjaciółeczki znów zaczynają gruchać, co nie jest dla ciebie zbyt korzystne, pragnę przypomnieć.
- Znów!? – blondyn aż się zachłysnął.
Sprawy przestawały układać się tak, jakby sobie tego życzył.
Członkowie zespołu spoglądali na niego i Hana z rosnącą ciekawością.
- Znów. Chyba musisz coś z tym zrobić. Raz ci pomogłem, teraz musisz sam dać sobie radę. – Nayoa zajął się oglądaniem swoich paznokci. Ian zmarszczył brwi, myśląc nad czymś intensywnie. Najlepszym sposobem na skłócenie ze sobą dwóch kobiet był mężczyzna, w końcu sam coś o tym wiedział. Spojrzał na Hana bystro, jednak zauważywszy, że ten przecząco kręci głową, przeniósł wzrok dalej.
Tim.
- Ma ładne piersi i jest cała twoja – rzucił nagle w stronę brata. Zaskoczony czarnowłosy uniósł brwi, nie mając pojęcia o co chodzi. – Zajmiesz się nią. Zrobisz wszystko, by się w tobie zakochała, nie obchodzi mnie jak, po prostu szybko i skutecznie. Rób z nią, co tam sobie zechcesz, byleby była jak najdalej od Carolin. Łapiesz?
- Ale to…
- To tylko dziewczyna – nie pozwolił mu dokończyć. – Tylko dziewczyna, nie zapominaj o tym. Jesteś moim młodszym bratem i bardzo chcesz mi pomóc, prawda? – znacząco pociągnął nosem.
- Chcę – wymamrotał Tim, czując, że ten pomysł zupełnie mu się nie podoba.
Ian uśmiechnął się do Hana porozumiewawczo, jednak Japończyk nie zareagował.
Przymknął oczy i westchnął cicho.
Szczeniak szybko się uczył.

***
Lin wsiadła do samochodu i otworzyła schowek, znajdujący się naprzeciwko siedzenia pasażera. Usłyszawszy odgłos stykających się gwałtownie puszek, zaśmiała się cicho. Sięgnęła po jedną i potrząsnęła nią mocno. Była prawie pełna.
Z nieodgadnionym wyrazem twarzy wysiadła z Mercedesa. Przeszła kilka kroków i zatrzymała się przed srebrnym Audi Le Mans, stojącym w otoczeniu innych luksusowych aut.
- No Han, zabawimy się – wysyczała, wstrząsając spray’em i zdejmując z niego różową nakrętkę.

***

udało mi się ^^ wróciłam.
komentarze [1]

12 i 3/4 >> niedziela, 10 sierpnia 2008 23:39:31
Słuchajcie dostałam kopa, pozmieniałam imiona bohaterów (orientować się możecie w galerii) i niedługo powinno pojawić się coś nowego ;]
komentarze [0]

"Cholerny smarkacz" [12, 1/2] >> wtorek, 22 kwietnia 2008 23:23:45
Lin gwałtownie łapała powietrze, nie wierząc, że cała sytuacja dzieje się naprawdę. Dotknęła przodu czarnej sukienki – mokry materiał lepił się do ciała, przy okazji pozbawiając ją wszelkich złudzeń, co do nierealności wydarzenia.
- Ty… Ty… - wydusiła z siebie, przymykając oczy.
- Ian jestem – wyciągnął rękę w kierunku ciemnowłosej i posłał jej serdeczny uśmiech.
- Wiem, że jesteś Ian, idioto! – wybuchnęła. – Nikt tak tępy nie mógłby mieć imienia złożonego z dwóch sylab, bo nie byłby w stanie go zapamiętać!
Meyer uśmiechnął się jak zadowolony kot.
Lin parsknęła kpiącym śmiechem. Gniew wzbierał w niej jak ogromna fala, gwałtownie szukająca ujścia.
- Ty cholerna, zadufana w sobie gwiazdeczko – zbliżyła się do Meyera, aby wyrzucić z siebie to, co czuła, patrząc mu przy tym prosto w twarz.
Oko w oko.
- Mmm… Co za rozkosz. Jeszcze – wymruczał, seksownie opuszczając powieki.
Ręka Carolin wystrzeliła w stronę dredowłosego, jednak zatrzymała się cal przed jego policzkiem.
- Próbuj – obrócił głowę, świadom, że dziewczyna nie ośmieli się go uderzyć.
- Jesteś beznadziejny. Nic nie potrafisz dobrze zrobić, nic. Ścigasz się, a nic nie wiesz o samochodach. Zapluty pseudokierowca.
- Jest jedna rzecz, którą dobrze robię.
- Może jeszcze powiesz, że są to wyścigi? – przybrała obronną pozę, opierając ręce na biodrach i świdrując go wzrokiem.
- Zgadłaś. A więc nie jedna rzecz, a dwie. Dwie rzeczy w których jestem naprawdę dobry. Dziewczyny i samochody – chłopak z zainteresowaniem przyglądał się paznokciom prawej dłoni. Opanowanie i lekceważenie. Tego właśnie uczył go Han – niereagowania na zaczepki, spokojnego podejścia do problemu. On nie dawał się sprowokować, podczas gdy przeciwnik odchodził od zmysłów ze złości. Zaistniała sytuacja była tego idealnym, książkowym przykładem. Meyer zerknął na bok, szukając Japończyka. Nayoa stał w pewnej odległości od nich, „pochłonięty” rozmową z kimś znajomym, ale tak naprawdę monitorował wydarzenia – dostrzegał spokój Iana i wściekłość Baumer.
- I właśnie dlatego w niczym nie jesteś dobry. Bo myślisz przyrodzeniem, a nie mózgiem – podsumowała Carolin z triumfalną miną. Tego się nie spodziewał.
- Gówno wiesz – wysyczał. Cały spokój ulotnił się, nie pozostawiając po sobie ani śladu. – O dziewczynach, o tym co myślę, o samochodach i o wyścigach. Masz po prostu szczęście. Jesteś pieprzoną smarkulą, która dorwała się do samochodu ojca i usiłuje pokazać coś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Wróć do kuchni kochanie, a jak tam ci się nie spodoba, to do bur… - nie dokończył, bo dziewczyna bez żadnego ostrzeżenia uderzyła go w twarz.
- Cholerny smarkaczu – wydyszała, biorąc jeszcze jeden zamach – o samochodach wiesz tyle, że jeżdżą i bywają piekielnie drogie!
- Nie mam ochoty na rozmowy z tobą. – Ian chciał zakończyć dyskusję, zachowując przy tym twarz. Jego kolejne słowa coraz bardziej prowokowały szatynkę, która z każdą chwilą utwierdzała się w przekonaniu, że jeszcze minuta, a rzuci się na dredowłosego. Uczyniłaby to niechybnie, gdyby ktoś nie złapał jej za rękę i nie zaczął ciągnąć w tylko sobie znanym kierunku.

Nie mam więcej i się nie zanosi na razie...
komentarze [2]

11,5. >> niedziela, 9 marca 2008 21:09:12
Wena wciąż pilnie poszukiwana.

komentarze [1]

"Ważna osobistość" [11] >> wtorek, 5 lutego 2008 22:44:30
***

Ann z uśmiechem na ustach obserwowała to, co działo się dookoła niej. Mnóstwo ludzi, również tych znanych, rozmawiających ze sobą, roześmianych, bawiących się. Mnóstwo ukradkowych spojrzeń, zawiści, intryg. Mnóstwo zazdrości i chęci zemsty. Dziewczyna początkowo trzymała się Patrick’a, jednak w końcu zaczęło ją to nudzić. Oddaliła się dyskretnie, korzystając z nieuwagi chłopaka. Wzięła kieliszek szampana od przechodzącego kelnera i usiadła na sofie, stojącej w rogu sali. Widziała stąd prawie wszystko.
Niebieskie tęczówki z zainteresowaniem śledziły poczynania niektórych osób, zwłaszcza tych sławnych. Co prawda nieraz bywała z rodzicami na bankietach, na których aż roiło się od ważnych osobistości, jednak to było coś innego. To nie było zwykłe przyjęcie, kolejna charytatywna impreza. Pojawiali się tu tylko ci, którym można było zaufać i którzy coś znaczyli w tym małym półświatku.
Drgnęła lekko, kiedy obok niej ktoś usiadł. Zacisnęła usta, z niezadowoleniem stwierdzając, że ten ktoś, a raczej – ci – skutecznie zakłócą jej spokój. Nie pomyliła się wielce. „Goście” początkowo zajęci tylko sobą, w końcu zwrócili uwagę na rudowłosą dziewczynę, która – chcąc, nie chcąc – stała się świadkiem ich rozmowy. Ciche uwagi, skierowane w stronę Ann przybrały na sile tak, iż nie mogła dłużej udawać, że nic nie słyszy.
- Słucham? – zapytała uprzejmie, kierując wzrok w stronę najwyższego z chłopaków. Zamrugała z niedowierzaniem, sama nie wierząc temu, co widzi. Uświadomiwszy sobie, że musi głupio wyglądać, natychmiast oprzytomniała, co przyszło jej z niemałym trudem.
Bo go znała. Nie wprost, lecz…Inaczej. W końcu jakiś rok temu jego twarz widniała na wszystkich okładkach młodzieżowych pism, a jego głos dało się słyszeć w każdym radiu.
Tim Meyer przyglądał jej się z uprzejmym zainteresowaniem.
- No, no, no – rzuciła w końcu, odzyskując zwykłą pewność siebie. – Słynny Tim Meyer, grzeczny i ułożony romantyk, nienawidzony przez wszystkich w szkole, kochany poza nią.
Czarnowłosy uniósł brwi w niemym zdumieniu. Jakoś nie przypominał sobie, żeby ją znał, żeby chodził z tą rudą do klasy. Chociaż w sumie znała go połowa Niemiec…
- Nie byłam z tobą w klasie, matołku – zakpiła bezczelnie, odgadując jego myśli. Wstała i, podając mu dłoń, przedstawiła się.
- Miło mi – powiedział w końcu. – A to D…
- Wiem kim oni są. Mam osiemnaście lat i koleżanki, które dostają orgazmu na samą myśl o was. Dero, Sid i Tim. A gdzie zgubiłeś brata? – spojrzała mu prosto w oczy, lekko wypinając biust. Był facetem, twierdził, że nie jest gejem, więc mogła popróbować swoich wdzięków, prawda?
Meyer uśmiechnął się lekko, jego spojrzenie ześliznęło się z twarzy dziewczyny.
- Za chwilę wróci – odparł. – Na jego widok dostajesz orgazmu?
Ann kpiąco wydęła wargi. Słodki Timuś wcale nie był taki słodki, jak wcześniej przypuszczała.
- Nie, wszy, które mogły mu się zalęgnąć pomiędzy dredami, skutecznie mi to uniemożliwiają. – odcięła się.
Tim wybuchnął śmiechem, Dero i Sid przysłuchujący się tej wymianie zdań, zawtórowali mu ochoczo. Uznanie dostrzegła zwłaszcza w oczach najstarszego chłopaka.
- No co jest? – Ann odwróciła się gwałtownie, kiedy ktoś za nią stanął, prawie wpadła na wysokiego chłopaka. Przytrzymał ją, żeby nie upadła i posadził na kanapie.
- Jestem Ian – przedstawił się, bez skrępowania patrząc w dekolt sukni.
- Ann – rzuciła krótko, obronnym gestem krzyżując dłonie na klatce piersiowej.
- Ach, a więc to ty jesteś ta słynna Ann, droga przyjaciółka naszej zwyciężczyni – zmrużył oczy, czekając na reakcję. Nie dała się sprowokować, uśmiechnęła się drapieżnie, ale nie odpowiedziała. Można by pomyśleć, że po tym co zrobiła jej Lin, bez większego zastanowienia zacznie robić jej na złość, ale… wewnętrzna blokada hamowała. Lekko, ale zawsze.
- Tak, ta – nie siliła się na żadne wyjaśnienia.
- I nic więcej nie powiesz? Moja mała, oszukana przyjaciółko? – zwrócił się do niej z iście wystudiowanym współczuciem.
- Nie jestem mała i nie jestem twoja – celowo zignorowała dwa ostatnie słowa.
- Ależ oczywiście. Miałem nadzieję, że w ten sposób lepiej się poznamy.
- Pan i władca nie pełni roli gospodarza? – zgrabnie zmieniła temat, przy okazji przechylając głowę na bok i ukazując długą, smukłą szyję. Rude włosy spłynęły na drugą stronę.
- Nie, pan i władca nie osiągnął pełni władzy, ale do szczęścia mu to niepotrzebne, bo ma to, co chce i dostaje to, czego chce – roześmiał się cicho, zadowolony z tego, że reszta przestała się liczyć i dziewczyna zwraca uwagę tylko na niego. – Pani wybaczy, obowiązki wzywają – wycedził po chwili, patrząc ponad jej głowę. Wstał, poprawił koszulkę i swobodnym krokiem odszedł w stronę bocznych drzwi.
Ann zamilkła na chwilę, zastanawiając się, czemu przyj… Lin tak bardzo go nie znosi. Przez aroganckie zachowanie? Niemiły epizod z przeszłości? Gdyby była na jej miejscu to…
Miał naprawdę ładne oczy, jeszcze ładniejszy uśmiech.
A z tego co widziała na zdjęciach, reszta ciała też nie była brzydka, ba, wręcz przeciwnie. Przymknęła na chwilę oczy, zaraz jednak powróciła do rzeczywistości.
- Napijesz się czegoś? – Tim przyglądał jej się z uwagą. Pokręciła przecząco głową, podniosła się szybko i uśmiechając się subtelnie, ruszyła na poszukiwania przyjaciela. Mógł się niepokoić jej nieobecnością, choć… Tak naprawdę w to nie wierzyła.

***

- Po cholerę stoimy w tym małym, dusznym pomieszczeniu, zamiast wyjść tam do ludzi, co? – Lin niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę, próbując wymyślić sensowny powód, dla którego Han ją tu trzymał.
- Uspokój się – warknął cicho mężczyzna, zirytowany jej znudzeniem.
- Nie zamierzam – prychnęła, jak rozjuszona kotka, podchodząc bliżej i zadzierając głowę, by spojrzeć mu w oczy. – Przyjechałam tu, żeby się bawić, pić i robić sto innych rzeczy, a nie siedzieć tu z tobą w tym cholernym… - zamilkła, kiedy dłoń Japończyka znalazła się na jej ustach. Wymamrotała coś obraźliwego, jednak po chwili ucichła.
Nie na długo.
- Han do cholery! – zaczęła po pięciu minutach milczenia. – Powiesz mi po co tu siedzimy!? – nie mogła powstrzymać złości. Usłyszała ciche westchnienie, półmrok uniemożliwiał jej dokładne przyjrzenie się mężczyźnie, lecz domyślała się, że przewraca oczami, w sumie zdenerwowany tak jak i ona.
- Bo chciałem cię komuś przedstawić – odpowiedział wymijająco, oddalając się na drugi koniec pomieszczenia.
- Komu? – zapytała z zaciekawieniem, podążając za mężczyzną.
- Zobaczysz – założył dłonie na piersi, dając jej tym do zrozumienia, że nic więcej jej nie powie.
Zacisnęła usta, powstrzymując się od wybuchu.
Gdyby mogła, to najchętniej ukręciłaby mu głowę!
- Han. Czy to ktoś ważny? – zagadnęła ostrożnie – Nie musisz odpowiadać długo. Tylko tak lub nie.
Stłumił ziewnięcie i pokiwał twierdząco głową.
- On czy ona?
- To pytanie nie jest nastawione na tak lub nie, więc nie muszę odpowiadać – wywinął się. – Możesz być cicho i poczekać w spokoju?
- Nie, nie mogę. Chce mi się pić.
Nayoa po omacku ruszył w stronę stolika, stojącego pod ścianę. Wymacał szklankę i butelkę, złapał je i zaniósł dziewczynie. Zahaczył o stojące na jego drodze krzesło i, nie zdoławszy utrzymać równowagi, wylądował obok Carolin, która zaniosła się niepohamowanym śmiechem.
- Z klasą Han, doprawdy wielka gracja. – zakpiła, biorąc od niego butelkę i nalewając płyn do szklanki. Wypiła go duszkiem, dopiero po chwili zakrztusiła się, wypluwając resztki półsłodkiej cieczy. - To alkohol – rzuciła, krzywiąc się z niesmakiem.
- A co ty myślałaś? To impreza, jest i alkohol. To jest pomieszczenie socjalne, tutaj nalewają szampana do tych ślicznych naczynek – tłumaczył z wyraźnie słyszalną ironią.
-Świetnie – ponownie napełniła naczynie, ale tym razem trochę płynu znalazło się na jego eleganckich spodniach.
- Co ty wyprawiasz!? – wrzasnął, odskakując od niej prędko.
- Przepraszam! – natychmiast znalazła się przy nim, usiłując ocenić straty. Położyła dłonie na jego kolanach, przesunęła je wyżej, żeby znaleźć plamę.
- Co do diabła!? – Han złapał ją za ręce, natychmiast zabierając je ze swoich nóg.
- Sprawdzam czy masz mokre spodnie – odparła nieprzytomnie, czując, że lekko kręci jej się w głowie. Alkohol zawsze bardzo szybko na nią działał, nawet w tak małych ilościach.
- Strasznie gorąca jesteś – stwierdził, przysuwając się bliżej. Przyłożył dłoń do jej policzka i zacmokał z niezadowoleniem. – To ja tak na ciebie działam? – roześmiał się cicho, przesuwając drugą ręką po jej plecach. Opuszkami palców dotknęła ust Japończyka, przymknęła oczy.
Było za ciemno, by mógł dostrzec igrający na jej wargach złośliwy uśmieszek.
- Może… - przeciągnęła się jak kotka, żeby być bliżej jego ciała. – Ale jednak myślę, że to nie ty, a alkohol. Mam uczulenie. Dostaję gorączki i czerwonych plam – wyznała z rozbrajającą szczerością.
Han puścił ją, świadom tego, że wyląduje na podłodze – tak też się stało. Nastrój w kilku chwilach prysł jak bańka mydlana.
Czerwone plamy były tego głównym powodem.
Złapał Carolin za rękę i wyciągnął z pokoju. Czekali na Meyera dość długo, jednak wciąż się nie pojawiał. Poza tym Lin – w stanie w jakim właśnie była – mogła zachowywać się inaczej niż by sobie tego życzył. Przyjrzał jej się dokładnie, odnotowując, że na buzi nie pojawiły się żadne krosty.
- Są? – zapytała, mrużąc oczy od oślepiającego światła.
- Twarz jest w porządku. Pójdziemy do kuchni, może mają coś od gorączki – zadecydował.
- Na brzuchu ci nie pokażę – wyrwała rękę z uścisku, poprawiając sukienkę. – A gorączka przechodzi sama. Nareszcie jest czym oddychać. – głęboko wciągnęła powietrze do płuc.
- No oddychać raczej masz czym, nie powinnaś narzekać – rzucił swobodnie, znacząco patrząc na jej piersi.
- Zjeżdżaj.
- Zostawiłem kluczyki w płaszczu. – uśmiechnął się wymuszenie, gwałtownie łapiąc ją za ramiona i obracając do siebie.
- Co do chol…
- Chciałeś czegoś? – przerwał jej młody mężczyzna, który pojawił obok nich. Mózg Lin powoli wyrywał się z alkoholowych oparów, dziewczyna drgnęła, słysząc znajomy głos. Odwróciła się, aż zabolały mięśnie karku i natychmiast odskoczyła jak oparzona.
- Ty! – wysyczała, natychmiast trzeźwiejąc. – Co ty tu…?
Han milczał, w jego oczach dostrzegła ironiczne rozbawienie.
- To jego chciałeś mi przedstawić! – odgadła. - To ma być ta ważna osobistość!? Ten pajac!? – zmierzyła go pogardliwym spojrzeniem, jednocześnie powstrzymując chęć oplucia dredowłosego.
- Spokojnie. Chciałem was tylko sobie przedstawić. Nie chcę, żebyście od razu byli przyjaciółmi. – Han bynajmniej nie zamierzał się tłumaczyć.
- Tyś chyba oszalał.
- Zostawię was teraz samych, poznacie się lepiej – w miarę wypowiadania tych słów podnosił głos, aby zagłuszyć protesty rozdrażnionej szatynki. Ukłonił się z szyderstwem wymalowanym na twarzy i oddalił pośpiesznie.
Meyer poprawił spodnie niedbałym ruchem, przyglądając jej się tak, jak przed kilkunastoma minutami przyglądał się Ann.
- No, no, no – wymruczał w końcu. – Prawie jakbym miał wrażenie, że ktoś kiedyś już robił takie miny – dodał, widząc, jak Lin krzywi się w grymasie złości. Złapał kieliszek z szampanem i sącząc płyn z elegancją, o jaką nikt go nie posądzał, dalej stał naprzeciw dziewczyny.
- Nie wiem, nie śledzę twego życiorysu, ani tego kto jakie miny do ciebie robi – podobnie jak chłopak ujęła w dłoń smukły kieliszek. Zacisnęła palce na szkle tak, że aż zbielały.
- Jesteś bardzo nerwowa – kontynuował swoje wywody Ian, wyraźnie uszczęśliwiony faktem, że każde jego słowo coraz bardziej wyprowadza Baumer z równowagi. Stali daleko od reszty gości, mógł sobie pozwolić na drażnienie się bez świadków.
- Nawet nie wiesz jak bardzo – przejechała językiem po wargach, uważnie obserwując wszystkie gesty Meyera. Przybliżył się do szatynki, patrząc jej prowokująco w oczy.
- W takim razie jak bardzo zdenerwowałoby cię, gdybym… - wyciągnął szyję, udając, że zagląda jej za materiał sukienki i, korzystając z nieuwagi Carolin, chlusnął zawartością kieliszka wprost na górę sukienki.
Przybrał minę niewiniątka i czekał na reakcję, która - jak słusznie się domyślał – nastąpiła szybko.


***

Latina -.-'
komentarze [5]

"Przeklęta smarkula" [10] >> poniedziałek, 24 grudnia 2007 11:16:22
- Ktoś dzwoni – Patrick przetoczył się na bok i rzucił telefon rudowłosej. Przez chwilę wpatrywała się w ekran zdumiona, a potem powoli odebrała. Blondyn taktownie wyszedł z pokoju, dając jej w ten sposób trochę „swobody”. W końcu nie każdy lubi rozmawiać przez telefon przy świadkach.
Nie każdy też potrafi powstrzymać się od podsłuchiwania. Patrick, z uchem przytkniętym do szyby, nie spodziewał się, że ruda tak szybko zakończy konferencję i nie zdążył odskoczyć, kiedy z impetem otworzyła drzwi. Skrzywił się, usiłując wyglądać jak najniewinniej. Ann uśmiechnęła się złośliwie.
- Podsłuchiwałeś. – stwierdziła zdawkowym tonem.
- Ależ skąd. Nie zdążyłem wyjść – zaprzeczył szybko. Roześmiała się kpiąco, po czym podała mu dłoń i pomogła wstać.
- Czyżbyś w końcu zdecydowała się na rozmowę z Lin? – Patrick ruszył do kuchni po kostki lodu, mające złagodzić pulsujący ból, który wywołało bliskie spotkanie trzeciego stopnia z hartowanym szkłem.
- Nie. – Ann wpadła do pomieszczenia zaraz za nim i zajęła miejsce na stole. – Odebrałam, bo nie znałam tego numeru. A to nie była Carolin. Nie wiem kto to był. – zmarszczyła brwi, chwytając leżące w pobliżu jabłko.
- A czego chciał?
- Właściwie to też nie wiem. Powiedział, że dostanę zaproszenia, chociaż jakie i po co nie raczył wyjaśnić.
- I? – chłopak podskoczył z zimna, kiedy zamrożone kostki wody podrażniły skórę głowy.
- I mamy tam koniecznie jechać. Znaczy ja mam, ale nie obrażę się, jeśli pojedziesz ze mną. To jak?
- Nie. – Ann przestała podrzucać jabłko, widząc, że chłopak przecząco kręci głową.
- Jak to nie!? Przecież nawet nie wiesz gdzie jedziemy!
- Właśnie. Nie powinnaś przyjmować zaproszeń od nieznajomych. Berlin to nie twoje małe miasteczko, tu nie każdy ma dobre intencje. A poza tym nie pojadę tam z tobą, bo uznają, że jesteśmy parą czy coś, a nie jesteśmy.
- A to dla ciebie taki problem? – zapytała szerzej otwierając oczy.
- Oczywiście. Nie wstydzę się swojej orientacji seksualnej i nie chcę by ktokolwiek pomyślał, że jesteś moją dziewczyną.
Ann przygryzła wargi, starając się nie wybuchnąć śmiechem. Zachowanie to byłoby jak najbardziej na miejscu, ale nie chciała zdenerwować Patricka. Była ciekawa gdzie została zaproszona, a blondyn był jej potrzebny do zbadania „tej tajemnicy”. Tak naprawdę to mogła pojechać tam bez niego, ale skoro znał miasto i ludzi… W jakiś sposób dodawało to trochę otuchy.
- Poderwę tam kogoś – rzuciła poważnie – a ty też sobie kogoś znajdziesz i nikt nie powie, że jestem twoją sympatią. Poza tym daj spokój. Każdy kto cię zobaczy od razu wie, że jesteś gejem.
- Niby skąd!?
- Po sposobie mówienia, przesadnej gestykulacji i tych ciuchach. Więc przestań i nie psuj zabawy. Będzie fajnie, mówię ci. Jutro dowiemy się czegoś więcej o tej imprezie związanej pośrednio z wyścigami. – wzruszyła ramionami i rzuciła w jego stronę zielonym owocem. Chłopak nie uchylił się w porę, na czym ucierpiała jego szczęka. Nie przejął się tym zbytnio, bardziej zainteresowały go słowa dziewczyny.
- Zaraz, zaraz, związana z wyścigami? Tak powiedziałaś?
- Tak, tak powiedziałam – przechyliła głowę, widząc, jakie wrażenie wywarło na nim te kilka słów.
- Jeśli chodzi o tą imprezę, o której myślę – Patrick zaczął nerwowo krążyć po pokoju – to znaczy, że albo ktoś się pomylił, albo zna cię tu ktoś naprawdę ważny.
Ann uśmiechnęła się lekko. Po raz kolejny dostała dowód, że jej siła przekonywania naprawdę działa.

***

- Nie proszę pani. Ta też nie jest odpowiednia. – Lin oddała zwinięty „kawałek” materiału i ponownie zaczęła oglądać kreacje. Ekspedientka zmierzyła ją pogardliwym spojrzeniem, odwieszając sukienkę na wieszak i wygładzając dłonią nierówności. Musiała przyznać, że klientka była naprawdę wymagająca. Przymierzyła już kilkanaście strojów i żaden z nich nie sprostał jej wymaganiom.
- Może ta? – Carolin uśmiechnęła się przepraszająco, starając się ją ułagodzić. Wyciągnęła z rzędu kolorowych „szmatek” krótką, prostą suknię z czarnej, gładkiej tkaniny. Od kilku dni odwiedzała kolejne sklepy, jednak bez skutku. Najgorsze było to, że za parę godzin miała zaleźć się wśród najlepszych kierowców, a wciąż nie miała nic, w co mogłaby się ubrać.
- Proszę – suchy ton sprzedawczyni dobitnie potwierdzał domysły szatynki na temat tego, co myśli o niej zdenerwowana kobieta. – Niech pani mierzy.
Dziewczyna weszła do przymierzalni i założyła sukienkę. Obróciła się przed lustrem, szukając usterek. Srebrna klamra poniżej talii podkreślała biodra, a marszczenia przy dekolcie ładnie uwypuklały biust. Materiał swobodnie opinał nogi, fantazyjnie wydłużony przód rozcięty był rozporkiem. Do całości brakowało tylko cieniutkich ramiączek, dzięki którym mogłaby czuć się w niej nieco pewniej.
- Biorę – powiedziała głośno, ściągając sukienkę i zakładając swoje ubranie. Usłyszawszy westchnienie ulgi, uśmiechnęła się lekko. Roztrzepała włosy, wyszła z przymierzalni i, wciąż z uśmiechem na ustach, zapłaciła za zakup. Wyszła z butiku, wyciągnęła telefon z kieszeni wybrała jakiś numer. Osoba, do której dzwoniła, odebrała już po pierwszym sygnale. Lin przygryzła wargi, usiłując sformułować sensowne zdanie.
- Mmm… - zawiesiła na chwilę głos – mógłbyś wpaść na chwilę… - zabrakło jej odpowiednich słów, więc znowu zamilkła.
- Tak? – mężczyzna, rozbawiony jej zmieszaniem, zaśmiał się cicho. – Do ciebie? – spytał domyślnie.
- Nie, nie do mnie. – Carolin opanowała się. – Na mieście, w tej małej kawiarni. Potrzebuję pomocy – wyznała niechętnie.
- Zaraz będę. – rzucił luźno, kończąc rozmowę.
Szatynka wsiadła do samochodu. Miała cichą nadzieję, że dojedzie pierwsza.

***

Han zrzucił kurtkę, prędko siadając przy stoliku. Uspokoił oddech, aby nikt nie pomyślał, że dopiero co wszedł i wygodniej rozparł się na krześle. Posłał blondynce, która podeszła do niego, by odebrać zamówienie, łagodny uśmiech, przy okazji kątem oka bacznie obserwując wejście. Kelnerka nie zdążyła przynieść mu zamówionej kawy, kiedy drzwi otworzyły się i stanęła w nich zarumieniona od mrozu Lin. Zobaczywszy Japończyka, skrzywiła się nieznacznie, ale w końcu ruszyła między stolikami i zajęła wolne miejsce. Nayoa powitał ją lekkim skinieniem głowy.
- Napijesz się czegoś? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, złożył kolejne zamówienie. Dziewczyna uśmiechnęła się drwiąco, zdejmując rękawiczki i kurtkę.
Mężczyzna przyglądał się jej z zainteresowaniem.
- Coś się stało? – odstawił filiżankę, oczekując odpowiedzi.
Wpadła z kimś? Nie, wyglądała na trzeźwo myślącą.
Umarł jej ktoś z rodziny? Niemożliwe, wtedy nie wyglądałaby tak pogodnie.
Zabrakło jej pieniędzy na benzynę?
- Nie, nie chcę pieniędzy – wybuchnęła wdzięcznym śmiechem, bez problemu odgadując jego myśli.
- Więc? – uniósł brwi, nie wiedząc o co może jej chodzić.
- Czy na tę imprezę można zabrać osobę towarzyszącą? – wypaliła nagle, dziewczęco spuszczając oczy.
- Oczywiście – stłumił ziewnięcie, zaznaczając tym, że spodziewał się czegoś poważniejszego.
- A ty będziesz? – zdjęła okulary, nie po raz pierwszy żałując, że nie nosi soczewek.
- Oczywiście. Ta impreza w ogóle by się nie odbyła, gdyby nie ja – odparł zuchwale.
Zakrztusiła się gorącym płynem i odstawiła szklankę, by uchronić biały obrus od poplamienia.
- Aleś ty skromny – w jej tonie dało się wyczuć lekką nutkę ironii. Han nie odpowiedział. Dalej wpatrywał się w Carolin z niezgłębionym wyrazem twarzy. – Potrzebuję pomocy, nie mam butów do sukienki – powiedziała miękko, niezauważalnie zaciskając zęby.
- I niby mam ci pomóc? – Han gwałtownie pochylił się do przodu.
- Tak właśnie – odważnie spojrzała mu w oczy, z powrotem nakładając kurtkę.
- Z tak błahego powodu ściągasz mnie na drugi koniec miasta?
- Nie inaczej. W końcu co to dla ciebie, parenaście kilometrów w tą czy tamtą. Bo chyba się nie spieszyłeś, co? – powstrzymała się od wyrażenia niezadowolenia, spowodowanego tym, że nie udało jej się przyjechać pierwszej.
-Oczywiście, że nie – ujmą dla honoru byłoby przyznanie się do faktu, iż pojawił się w umówionym miejscu zaledwie kilka chwil przed dziewczyną.
- No właśnie.
Han podniósł się z krzesła, rzucił pieniądze na stół, po czym nie czekając na Lin wyszedł na zewnątrz.
Zakupy… Doprawdy tego mu jeszcze brakowało.

***

Carolin Baumer z trudem odnalazła prawidłowy klucz. Z jeszcze większym trudem udało jej się otworzyć drzwi. Wreszcie zdobyła wszystko, czego potrzebowała. Han co prawda nie na wiele się przydał, ale miała do kogo się odezwać. Mięśnie twarzy aż bolały od ciągłego uśmiechania się, cel został osiągnięty. Pod koniec mężczyzna był w miarę rozluźniony, można powiedzieć, że uwierzył w jej łagodność, uprzejmość. Wciąż jednak nie dawał się sprowokować i nieliczne złośliwe uwagi dziewczyny spotykały się z ciętą ripostą. Potrząsnęła głową, oczyszczając myśli i z ulgą przekroczyła próg. Rzuciła wszystkie pakunki w przedpokoju i pobiegła do łazienki. Owszem, nie miała problemu z szybkim przygotowywaniem się do wyjść, teraz jednak zostało jej jakieś pół godziny, co sprawiało, że odczuwała coś na kształt niepokoju.
Wykąpała się, owinęła ręcznikiem i łapiąc suszarkę, zaczęła układać włosy. Miękkie fale łagodnie opadały na ramiona. Założyła sukienkę i wszystkie dodatki, następnie siadła przed lustrem by zrobić makijaż. Kosmetyczka ciotki zawierała wszystkie potrzebne przybory, jednak, jej zdaniem, było tego za dużo.
Chwyciła kredkę, chcąc namalować kreski, jednak drżąca ręka skutecznie uniemożliwiła wykonanie makijażu. Zaklęła głośno, decydując się jedynie na cień, tusz do rzęs i pomadkę. Spojrzała na zegarek i, uświadomiwszy sobie, że od pięciu minut powinna być w drodze, panicznym ruchem złapała torebkę, wrzuciła na siebie coś cieplejszego i wybiegła z domu.
Nie pamiętała o tak prozaicznej czynności, jaką było zamknięcie drzwi wejściowych na klucz.

***

Han nerwowo poprawił elegancki garnitur, rozglądając się po sali. Zauważył Ann, która wraz z Patrickiem przysiadła się do jego przyjaciół, widział też Iana i resztę zespołu, bawiących się w najlepsze. Kolejni goście wciąż przybywali, lecz osoba, na którą czekał nie pojawiała się. Zacisnął dłonie, obiecując sobie w duchu, że „nauczy tą przeklętą smarkulę punktualności”. Przez niefrasobliwość „smarkuli” cały misterny plan mógł lec w gruzach. Pozdrawiając kolejne osoby, przeszedł do hallu. Stanął przy jednej z rzeźb, nerwowo przytupując nogą i odgarnął grzywkę, ciągle spadającą mu na czoło. Odetchnął z ulgą, kiedy zauważył, że Carolin wreszcie się pojawiła. Podszedł do dziewczyny, odbierając od niej okrycie wierzchnie.
- No nareszcie – warknął zdenerwowany. – Wiesz, że spóźnialstwo nie przystoi grzecznym panienkom? – nie udało mu się ukryć zirytowania i Lin poczuła niejaką satysfakcję, że w końcu udało jej się wyprowadzić go z równowagi.
- Nie jestem grzeczną panienką – odparła gładko, poprawiając sukienkę i ruszając na salę.
Han złapał ją za rękę i pociągnął w kierunku bocznych drzwi, nieco zmieniając obrany uprzednio kurs.
- O nie moja droga – zaoponował łagodnie. – Dziś po raz kolejny robię za twojego przewodnika.


***
Wesołych!
komentarze [3]

9,5. >> piątek, 30 listopada 2007 21:26:00
Niestety dziś nie z nową częścią. Następny tydzień mam równo przerąbany, po cichu liczę na to, że napiszę coś ewentualnie jutro? Chciałabym bardzo.
Siadłam do pisania, napisała do mnie młodsza koleżanka z prośbą o pomoc w wypracowaniu. Skończyło się na tym, że pomoc oznaczała napisanie za nią wszystkiego.
Ale nie zamierzam przestac pisac. Zbyt dużo pomysłów, zbyt dużo chęci.
Pozdrawiam serdecznie!
P.S. Wątki erotyczne. Wiedziałam, że to chwyci. Bo dlaczego by nie? Bedą. W swoim czasie.
komentarze [3]

"Zaproszenie" [9] >> środa, 17 października 2007 19:49:28
- Tim, gdzie do kurwy nędzy położyłeś moją kostkę!? – Ian wściekle miotał się po pomieszczeniu, w poszukiwaniu potrzebnego przedmiotu.
- Nie mam pojęcia. – zagadnięty chłopak wzruszył ramionami, po czym z powrotem włączył się do przerwanej dyskusji z Sidem. Starszy Meyer westchnął ciężko, uparcie przetrząsając każdy zakątek pokoju. Do koncertu zostało jeszcze pół godziny, a on właśnie teraz musiał zgubić kostkę od gitary.
- Może któraś z lasek ci ją w nocy podkosiła? – Dero leniwie podniósł się z sofy i podszedł do dredowłosego. Lekko uderzył go pięścią w brzuch, jednak Ian nie miał teraz humoru na przepychanki.
- Pomóż mi to znaleźć – warknął tylko. Braun wymownie przewrócił oczami, z impetem opadając na podłogę i zaglądając pod kanapę.
- Tu jej nie ma. – stwierdził i ziewnął, by dać wyraz swemu znudzeniu.
- No i świetnie. – Ian zacisnął usta w wąską linię, siadając obok przyjaciela.
Długowłosy uśmiechnął się złośliwie, po czym otoczył go opiekuńczo ramieniem.
- Kochanie… - wyszeptał, robiąc wszystko by jego głos był jak najbardziej tajemniczy – wszystko będzie dobrze, przy mnie nic ci nie grozi… - dokończył, przyciągając do siebie Meyera. Tim i Sid zamilkli.
- Zrobię wszystko byś nie poronił…a. Przysięgam. – Dero opadł na parkiet, kładąc głowę na kolanach blondyna. Ten otworzył usta ze zdumienia i dopiero po chwili wybuchnął śmiechem.
- Czyli nie mogę pieprzyć się z groupies? – zapytał, ledwo łapiąc oddech.
- Nie, nie możesz.
- Ale to mnie zabija! – poderwał się, nie bacząc na Brauna i dramatycznym gestem złapał za daszek czapki.
- Ja wiem, co cię zabija. – wtrącił ponuro Tim. Teraz uwaga przyjaciół skupiła się na nim. Ian sugestywnie uniósł brwi. – Zabija cię brak imprez od trzech dni.
- Brak stanu upojenia alkoholowego od jakiegoś czasu – dodał Vogel.
- Brak pieprzenia! – Dero roześmiał się z wrodzoną sobie arogancją.
- Czyli trzeba gdzieś iść. – Ian poderwał się ochoczo, gotów w każdej chwili udać się do jakiegoś klubu.
- Ej, ej, stop! – Tim pociągnął go za koszulkę, jednocześnie sprowadzając nieco na ziemię.
- Tak? – chłopak wyglądał na poirytowanego.
- Ale najpierw mamy koncert. Dopiero później możemy gdzieś pójść. To macie jakieś propozycje? – czarnowłosy przysiadł na fotelu, wygodnie opierając nogi o blat stolika.
- Ja mam. – Dero pochylił się ku nim, wodząc po chłopcach triumfalnym spojrzeniem. –Zadzwońmy do Hana. On zna najlepsze miejsca w tym mieście.
Starszy Meyer prychnął poirytowany.
- Han jest kilkaset kilometrów stąd, pragnę ci przypomnieć. – Burknął rozzłoszczony. – I nie zjawi się tu ot, tak – pstryknął palcami.
- Czyli jak na razie zostaje seks z groupies. – Tim zaczął sobie nucić coś pod nosem.
- Jakbyś ty najwięcej o tym wiedział. – wycedził Ian, chwytając gitarę i mocno przeciągając palcami po strunach.
- Jaki ty masz problem, co!? – czarnowłosy przeszył brata ostrym spojrzeniem. Blondyn uśmiechnął się kpiąco.
- Żaden.
- No i świetnie.
- Genialnie.
- Jak ci przejdzie to powiedz! – Tim Meyer gwałtownie wstał z fotela i wyszedł z pokoju. Dero i Sid milczeli, zdając sobie sprawę, że w konflikty pomiędzy braćmi nie należy się wtrącać. Ich częstotliwość była odwrotnie proporcjonalna do powagi, jednak ingerencja z zewnątrz mogłaby je tylko pogłębić.
- No i gdzie ta cholerna kostka!?

***

Carolin znudzona wpatrywała się w okno, za którym widniała szara ściana obskurnego budynku. Widok i tak był ciekawszy od tego, co działo się w „klasie”. Zdekoncentrowana młodzież zajęta była swoimi sprawami, tylko nieliczni zdawali się słuchać starszego człowieka, który z zapałem rysował coś na tablicy, wykrzykując przy tym poważnie brzmiące hasła. Szatynka ziewnęła dyskretnie, próbując zmusić swój otępiały mózg do myślenia. Spojrzała na zegarek, ze zrezygnowaniem odnotowując, że do końca wykładu zostało jeszcze trzydzieści minut. Wprawdzie po ośmiu godzinach spędzonych w tej „szkole”, na kierunku wybranym z czystej przekory i zupełnie ją nieinteresującym, minuty te wydawały się szybką chwilą, gdyby nie to, że wieczorem czas zdawał się płynąć tak wolno…
Oparła brodę na splecionych dłoniach i lekko przymknęła oczy. Głos wykładowcy działał usypiająco… Zmusiła się by podnieść powieki. Nie mogła pozwolić sobie na zaśnięcie podczas wykładów. Odchyliła się na krześle, kierując spojrzenie w niezidentyfikowany punkt na ścianie.
Właściwie to nie wiedziała co tu robiła. Powinna była studiować prawo i być dumą matki. A siedziała w dusznej klasie i nie miała pojęcia o czym gada ten sympatyczny staruszek. Wieczorami zaś wsiadała do samochodu i ryzykowała życie, realizując w ten sposób ambitne plany ojca. To było dość stresujące. Zarówno mamusia, jak i tatuś dokładnie zaplanowali jej życie, z tym, że plany te były skrajnie różne. Pomysły matki miały w sobie dużo zdrowego rozsądku, ale Lin nie mogła pozbyć się wrażenia, iż są po prostu nudne. W przeciwieństwie do tego, co wymyślał dla niej ojciec. Jego idee z pewnością nie należały do przeciętnych, o nie. Samochody były jego miłością, która z czasem przeszła też na nieodrodną córeczkę. Andy Baumer ciężko zapracował by spełnić „jej marzenie”, które, bądź co bądź, było również jego marzeniem. Lin uwielbiała swój samochód, choć początkowo nawet nie chciała słyszeć o tym, by do niego wsiąść. McLaren był ojca, a nie jej. To on na niego zapracował, to on go kupił i podarował jej, by „zrobiła z niego dobry użytek”.
Zrobiła.
Choć ostatni raz rozmawiała z ojcem dwa lata temu, przed faktem, kiedy okazało się, że ma romans z „tą kobietą”.
Wtedy postanowiła, iż pragnie się usamodzielnić. Dostała malutkie mieszkanie i nie musiała znosić towarzystwa rodziców, którzy udawali, że wszystko jest w porządku. Zajęła się swoją drogocenną zabawką. Przynajmniej to jej pozostało.
- Panienko! – donośny głos wyrwał ją z rozmyślań. Poderwała się zwinnie, posyłając wykładowcy niewinny uśmiech.
- Tak? – spytała spokojnie.
- To wszystko, wykład się skończył. – Mężczyzna wpatrywał się w nią lekko zdziwiony. – Chyba, że ma panienka jakieś pytania…
- Nie, nie, no skąd. – Szybko zebrała swoje rzeczy i ukłoniwszy się, opuściła pomieszczenie. Zbiegła po schodach i skierowała się w stronę przystanku. Zrobiła kilka kroków, kiedy nagle ktoś złapał ją za ramię. Odwróciła się i zobaczyła szeroko uśmiechniętego Hana.
- Tak? – rzuciła wyniośle, wysoko unosząc podbródek.
- Księżniczko, nie tak wysoko, bo nie sięgnę – roześmiał się swobodnie Japończyk. Chwycił dziewczynę za dłoń, ciągnąc za sobą. – Jak tam wykłady, skarbie? – zagaił.
- W porządku – odparła szatynka obojętnym tonem.
- Coś humor nie dopisuje, co? – stanęli przed sportowym samochodem. Nayoa otworzył drzwi i szarmanckim gestem zaprosił Lin do środka. Wsiadła, przyjemnie zaskoczona.
- Tobie wręcz przeciwnie – odparowała, przyglądając mu się uważnie.
- A wiesz, racja. – zajął miejsce kierowcy, opierając dłonie na kierownicy.
- A z jakiego powodu?
- Generalnie to bez powodu. Choć właściwie… Jesteś tu nowa, nie? – zmrużył oczy.
- Już nie. – Seksownie przygryzła wargi. Była tu od paru miesięcy, a więc nie była nowa. Lista zwycięstw nie przedstawiała się zbyt imponująco, ale… dopiero się rozkręcała.
- Nie? Ach. W takim razie, z pewnością dostałaś już zaproszenie… - rzucił cicho, jakby nie zwracając się do niej.
- Zaproszenie? – Posłała mu zdumione spojrzenie.
- A więc nie. To nic. W każdym razie przyjadę po ciebie w niedzielę, o 20.
- W niedzielę o 20 jest…
- Nie ma. – uciął szybko. – Nie ma wyścigu. Po prostu ubierz się ładnie i czekaj na mnie. To wszystko. – pod koniec jego głos stał się rzeczowy i suchy.
- Powiesz mi o co chodzi?
- Dowiesz się w swoim czasie. To na razie. Żegnam – uśmiechnął się bezczelnie, przechylając się i otwierając jej drzwi. Patrzyła na mężczyznę zdruzgotana, nie bardzo wierząc w to, co mówi.
- Żegnam. – powtórzył nieco ostrzej. Starając się zachować opanowanie, wysiadła ze srebrnego Audi i po raz drugi tego dnia poszła w stronę przystanku, mamrocząc przekleństwa pod adresem „tego zblazowanego, cholernego żółtka”.
Han zabębnił palcami o kierownicę. Jak na razie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Teraz trzeba było zdobyć jeden numer, by wszystko zapięte zostało na ostatni guzik.
Choć właściwie to nie stanowiło już problemu.

***

Dredowłosy młodzieniec stanął przed ciemnymi drzwiami. Wyciągnął dłoń, by zapukać, ale cofnął ją nerwowo. Odetchnął głęboko i w końcu parę razy głośno zastukał w masywne drewno. Rozległo się donośne „proszę”. Wszedł do środka i usiadł na łóżku, przyglądając się jak jego brat składa laptopa.
- Było świetnie – zaczął ostrożnie.
- No, racja – odparł krótko Tim, nie siląc się na podtrzymanie konwersacji.
- Strasznie głośno były…
- Jak zawsze.
Ian zacisnął dłonie w pięści.
- Słuchaj stary, ja… ja… sorry.
- Znaczy przeszło ci? – na twarzy młodszego Meyera pojawiło się coś na kształt uśmiechu.
Ian odpowiedział tym samym.
- Tak.
- To świetnie. – Tim położył przenośny komputer na stoliku i złapał leżącą na krześle kurtkę. – W takim razie zbieraj się, Zaki zabiera nas na imprezę. Tak jak chciałeś.
Blondyn przeciągnął się, szczerząc zęby w jeszcze szerszym uśmiechu.
- Świetnie. – pociągnął brata za włosy. – Han powiedział, że niedługo też coś zorganizuje i, że koniecznie musimy być.
- Ty musisz być. – poprawił go Tim, stając przed lustrem i mierzwiąc włosy.
- Ale nikt nie powiedział, że wy nie możecie być ze mną. Mała przerwa w trasie..
- Martin nie powinien mieć nic przeciwko.. – dodał młodszy Meyer tym samym tonem, automatycznie jakby wyczuwając nastrój brata. – Jeśli jego podopieczni nie wyskoczą z jakimś numerem.
- O to nie musisz się martwić. – przerwał mu Ian stając w drzwiach. – Tam nic nie wychodzi na zewnątrz. Przynajmniej do tej pory nie wychodziło.
- Bo my tam nie byliśmy. – wypalił ze śmiechem Tim, nie zdążywszy się powstrzymać.


***

Uuu, ale dużo tego ;p
Pisane w biegu, w czasie, który powinnam spożytkować na uczenie się łaciny. A co tam x)
komentarze [12]

"Ma jeszcze czas" [8] >> sobota, 29 września 2007 21:38:20
Czasu trochę brak.
Chęci aż za dużo.
Cierpliwości nic.
Aha ;)

***

Carolin przygryzła wargę, kolejny raz wykręcając ten sam numer.
Sygnał.
Jeden, drugi, trzeci…
„Abonent czasowo niedostępny”.
Któryś raz z kolei usłyszała ten komunikat, ale teraz suche słowa doprowadziły ją do szału. Cisnęła telefonem przez pokój i z chwilową satysfakcją obserwowała, jak kruche urządzenie z trzaskiem ląduje na podłodze.
Tak miała już dość. Dość wybierania tego samego numeru, ciągłego głosu, który uparcie powtarzał „abonent czasowo niedostępny” i tych 3 sygnałów, które świadczyły, że, wbrew pozorom, abonent jest dostępny, tylko po prostu nie ma ochoty na rozmowę.
Ogólne rozdrażnienie potęgowała świadomość, że to właśnie przez nią tak się stało. To z jej winy najlepsza przyjaciółka nie chciała rozmawiać, ani utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu.

A wszystko przez chęć utrzymania w tajemnicy swoich „poczynań” czy też raczej… zainteresowań. Sekret ujrzał światło dzienne, a bliska osoba nie chciała jej znać.
Wszystko było w porządku.
O tak, jak najlepszym…
Szatynka mocno przygryzła wargę i, szybko złapawszy wiszącą na krześle kurtkę, wyszła z mieszkania, głośno trzaskając drzwiami.

***

- Może byś odebrała, co? – Patrick nerwowo zaciskał ręce, przyglądając się jak Ann znudzona obraca telefon w dłoniach.
- A po co? – spojrzała na niego uważnie. Z niebieskich tęczówek bił chłód.
- Bo komuś najwidoczniej zależy, skoro próbuje się do ciebie dodzwonić od godziny!
- A tam. Pieprzysz. – stwierdziła niefrasobliwie dziewczyna, wyłączając w końcu aparat. Przewróciła się na brzuch, podłożyła poduszkę pod brodę i wpatrzyła się w niego oczekująco.
- No co? – zapytała w końcu ostro.
- Nic – blondyn wzruszył ramionami, kładąc się obok niej. – Powinnaś była odebrać…
- Nie będziesz mi mówił co powinnam robić, a czego nie – stwierdziła sucho ruda, przymykając oczy.
- Racja, nie będę – zgodził się z nią Patrick. – Ale i tak uważam, że…
- Ale mnie nie obchodzi, co ty uważasz! – wybuchła w końcu rudowłosa. – Ja uważam, że dobrze zrobiłam i koniec! To nie ja oszukiwałam! To nie ja robiłam wszystko, by najlepsza przyjaciółka nie dowiedziała się o tym co robię!
Patrick milczał, obawiając się, że może powiedzieć coś, co tylko jeszcze bardziej rozwścieczy Ann.
- Obejrzymy coś? – mruknęła po chwili dziewczyna, przerywając ciszę. W końcu nie zrobił nic takiego, by na nim mogła wyładować żal i złość.
- Jasne. – Patrick wstał i wziął szafki pudełka z płytami, by mogli wybrać coś z bogatej kolekcji.
***
- Jest naprawdę niezły.
- Jak myślisz Chińczyk czy Japończyk? – blondynka koniuszkiem języka zwilżyła wargi. Od piętnastu minut wpatrywały się w mężczyznę siedzącego po drugiej stronie lokalu, próbując wymyślić coś, co pomogłoby zaaranżować poznanie.
- Takie ciacho i siedzi sam…
- Czy masz na myśli „to”?
- Jeżeli „to” oznacza dotrzymanie mu towarzystwa…
Zamilkły na chwilę, dalej nie spuszczając wzroku z obiektu westchnień.
- Zobacz! – syknęła nagle jedna z nich, gwałtownie łapiąc powietrze.
- Podeszła do niego!
- Tak po prostu!
- Co za lalunia, takie zawsze tak się zachowują!
- Usiadła!
- Rozmawiają!
- On się do niej uśmiecha!
- Flirtuje z nią!
- Spójrz tylko na jej minę!
Dziewczyny wpatrywały się w nowo powstałą parę rozzłoszczone.
- Podał jej coś, widziałaś?
- Z pewnością dziwka.
- Jeśli tak, to źle dobrała ubranie, te męskie spodnie jej nie pasują.
- Źle ubrana dziwka.
- I te nijakie włosy… - nachyliły się ku sobie, wymieniając coraz bardziej obelżywe komentarze. Szeptały przez chwilę, aż w końcu z powrotem zwróciły uwagę na dwójkę, tym razem zbierającą się do wyjścia.
- Jak myślisz, będą się pieprzyli u niej czy u niego? – brunetka spojrzała na koleżankę porozumiewawczo.
- Czy to ważne? – zapytała ze znużeniem ta druga. – Stracony chłopak, ot co – wzruszyła ramionami, demonstrując w ten sposób swoją obojętność.

***

- Czyli mam przejechać teraz przez całe miasto, bo twierdzisz, że tam odbywają się wyścigi?
- Tak, tak właśnie twierdzę. – Han uśmiechnął się łagodnie. – A ty bardzo chcesz wziąć w nich udział.
- Bzdura! – warknęła odrobinę za szybko.
- Ależ oczywiście – zgodził się pokornie. – Brakuje ci tej adrenaliny, tych emocji, tych… – zamilkł na chwilę. – O. A może brakuje ci czegoś jeszcze i w ten sposób chcesz odreagować? – dokończył z niewinnym wyrazem twarzy.
- Jeśli myślisz, że tam pojadę to się mylisz. I to grubo – dziewczyna udawała, że nie usłyszała wcześniejszych słów Japończyka.
- Szczerze wątpię – opanowanie mężczyzny doprowadzało ją do szału. Patrzyła na niego gniewnie i przestępowała z nogi na nogę, oczekując na dalszy bieg wydarzeń.
- A ty będziesz się ścigał? – zagaiła, zmuszając się do uśmiechu.
- Może – odparł zdawkowo.
- Czyżbyś się obawiał? – oparła dłoń na biodrze i wyzywająco wydęła usta.
- Chrzanisz mała – Han wyciągnął z kieszeni paczkę Malboro i sprawnie odpalił jednego papierosa. Carolin zakaszlała sugestywnie, jednak zupełnie to zignorował.
- Idiota! – wybuchła wreszcie, odskakując od niego i szybko oddalając się w stronę samochodu. – Za pół godziny! W porządku!?
- Pół godziny? Tak nisko się cenisz? – zmrużył oczy, z zadowoleniem obserwując, że szatynka rumieni się ze złości.
- Dziesięć minut! – parsknęła rozzłoszczona, wsiadając do auta i odpalając silnik. Mercedes ruszył z piskiem opon.
Han Nayoa zaciągnął się spokojnie.
Zdąży. Ma jeszcze czas.


komentarze [5]

"Genialna gra" [7] >> środa, 29 sierpnia 2007 10:33:46
Moim Wariatom :*

***

Kierowca Mercedesa wysiadł z niego, aby odebrać swoją nagrodę. Niewysoki, szczupły, nie wyglądał na kogoś, kto potrafi zapanować nad tak potężną maszyną.
- Jest niesamowity… - westchnęła cicho Ann, wpatrując się w nieznajomego i jego auto, urzeczona.
- Kto? On czy jego wóz? – Patrick stanął za nią, założywszy ręce na klatkę piersiową.
- Chcę go poznać! – rzuciła twardo ruda i ruszyła w stronę zwycięzcy. Patrick zająknął się z oburzenia i szybko położył dłoń na jej ramieniu.
- Oszalałaś!? – wysyczał. – Przecież on wygrał, a ty nic tu nie znaczysz!
- I to przeszkadza w tym, żebym go poznała? – rudowłosa otaksowała chłopaka chłodnym spojrzeniem.
- Oczywiście!
Dziewczyna zacisnęła zęby, strząsając z ramienia jego rękę. Wiedziała, że chłopcy potrafią się dziwnie zachowywać, ale żeby aż tak? Domyślała się o co chodzi blondynowi, ale wcale tego nie rozumiała. Zwyciężył, a więc stoi na piedestale i patrzy na innych pogardliwie? Zwyciężył i od razu traktują go jak boga?
- Zbudujcie mu świątynię! – poradziła złośliwie i ponownie skierowała się w stronę mężczyzny. Patrick jak cień podążył za nią.
- Cześć, jestem A… - kierowca McLarena odwrócił się, a Ann zamarła. Nie tylko zresztą ona. Odsunęła się od niego jak oparzona, nie mogąc oderwać wzroku od tej męskiej twarzy.
Męskiej twarzy, którą sama stworzyła.
Odetchnęła głęboko, mrużąc oczy i jednym mocnym ruchem zerwała mu z głowy blond czuprynę, spod której wysypały się proste, brązowe włosy. Kierowca milczał, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Ann podeszła jeszcze bliżej i przyłożywszy rękę do policzka, przejechała po nim mocno. Cielista maź rozmazała się, część została na dłoni.
- Spektakl. Nie ma co, genialna gra. Szkoda tylko, że nie powiedziałaś w jakim teatrze. – Głos rudej wibrował od tłumionej złości, z niebieskich oczu bił chłód i urażenie.
- Ann, ja ci…
- Nie, nic mi nie wytłumaczysz. – ostre słowa wpijały się w „wygranego” niczym noże.
- Ale ja naprawdę…
- A ja się naprawdę zawiodłam. Carolin, oszukałaś mnie! – z każdym słowem głos Ann stawał się coraz głośniejszy. Lin opuściła głowę, czując, że cały misterny plan legł w gruzach. Jeśli dotąd zdawała sobie sprawę, że ma jakiekolwiek oparcie w Ann, w tej chwili właśnie się to skończyło.
- Ale ja ci naprawdę wszystko wyjaśnię – spróbowała jeszcze raz, choć bez skutku.
- Ale ja już do cholery nie chcę, żebyś ty mi wszystko wyjaśniała! – wrzasnęła rudowłosa, zaciskając dłonie w pięści.
- Wytłumaczę ci, to nie jest tak…
- Ja chciałam, żebyś ty była wobec mnie uczciwa, tak, jak ja byłam wobec ciebie! – dziewczyna odwróciła się od przyjaciółki i nie bacząc na nikogo poszła przed siebie. Patrick przygryzł wargi zastanawiając się co zrobić. Stał w kręgu zaciekawionych ludzi, który utworzył się podczas tej „wymiany zdań”, był świadkiem kłótni swojej sąsiadki ze zwycięzcą czy też zwyciężczynią wyścigu. W końcu rad nierad ruszył za Ann.
- Podwieźć cię mała? – zapytał po chwili niezręcznej ciszy.
Ann w milczeniu pokiwała głową, usiłując ukryć łzy rozczarowania, które uparcie napływały jej do oczu.

***
Han Nayoa przysiadł na masce swojego samochodu i obserwował rozgrywającą się przed nim scenę. Widział cały wyścig oraz wydarzenia tuż po nim. W przeciwieństwie do innych, nie odszedł zaraz po kłótni. O nie, on musiał poczekać na swoją kolej. Przeczekał wrzaski Ann, pozwolił jej się „wyszaleć”, a potem odejść. Podobnie z innymi, którzy ze złośliwymi uśmiechami na twarzy opuszczali miejsce „boju”. Bo choć nie powiodło im się w wyścigach, bo choć przegrali, to nie byli sami. Bo prawdopodobnie okazało się, że wielki zwycięzca okazał się również wielkim przegranym.
Przegranym w przyjaźni…
Japończyk z zainteresowaniem przyglądał się ciemnowłosej dziewczynie, która przysiadła przed swoim samochodem i ukryła twarz w dłoniach. Płakała? Możliwe, choć z tak daleka trudno było powiedzieć, co tak naprawdę robi. Zapewne wyrzucała sobie głupotę w związku z postępowaniem z przyjaciółką, co zresztą było słuszne. Na szczęście Han nie miał przyjaciół, co oszczędzało mu – jak widać – wielu kłopotów. Owszem, wielu jego znajomych tytułowało się „przyjaciółmi”, jednak były to przyjaźnie jednostronne. Tak, tak, doradzał im, pomagał, ale nie oczekiwał niczego w zamian, nie zwierzał się, nie prosił o pomoc.
Mężczyzna zacmokał ze zniecierpliwieniem i leniwym krokiem podszedł do Carolin. Nie podniosła głowy, więc zmuszony był przyklęknąć przed nią i siłą zmusić, by na niego spojrzała.
- Coś nie wyszło, nie? – powiedział cicho, uważnie wpatrując się w jej źrenice. Nie odpowiedziała, tylko pokiwała lekko głową. – Nie martw się, przejdzie jej… - kontynuował swój wywód. Spojrzała na niego trochę przytomniej i parsknęła wymuszonym śmiechem.
- Ty jej nie znasz. – wysyczała w końcu, odsuwając się od niego na wyciągnięcie ręki. – Powinnam była jej powiedzieć, teraz będzie na mnie wściekła i…
- I straciłaś przyjaciółkę?
- Nie! – zaprotestowała, choć sama w to nie wierzyła.
- Ależ tak. Jest na ciebie wściekła, nie ufa ci już, nie chce cię znać. – dręczenie szatynki wyraźnie sprawiało mu przyjemność.
- Czemu ty zawsze pojawiasz się wtedy, kiedy nikt cię nie chce!? – wrzasnęła Lin, tracąc panowanie nad sobą. Japończyk nie odpowiedział, wstał i rzucił pod jej nogi torbę z wygraną. Odepchnęła ją pogardliwie, dając tym do zrozumienia, że nie chce tych pieniędzy. Tak też było w rzeczywistości – nie potrzebowała ich i oboje doskonale o tym wiedzieli.
- Jesteś jeszcze młoda, życie nie raz da ci niezłego kopa. – Westchnął z udawanym współczuciem mężczyzna.
- Pieprz się! – odparowała, podnosząc się z ziemi i wsiadając do samochodu. Nasunęła czapkę na czoło, aby ukryć łzy, które już zaczynały spływać po policzkach.
Han ściągnął usta w ironicznym uśmiechu.
***
Ian Meyer przekręcił się na bok, słysząc uporczywe brzęczenie. Zamachał ręką w powietrzu, żeby odgonić upartego owada, jednak dźwięk nie osłabł ani na chwilę. Rozzłoszczony otworzył oczu, aby zlokalizować natrętne odgłosy. Dochodziły ze strony szafki stojącej po drugiej stronie łóżka. Ostrożnie, aby nie obudzić towarzyszki łóżkowych ekscesów, sięgnął tam ręką, strącając wszystkie rzeczy z mebla. Dziewczyna zamruczała przez sen, jednak – na szczęście – nie obudziła się. Dredowłosy zaklął cicho, wstał i obszedł łóżko. Schylił się i zlokalizował źródło denerwujących dźwięków. Podniósł swój telefon i ze zdziwieniem stwierdził, że to właśnie on go obudził. On a raczej osoba, która dzwoniła do niego tak długo!
- Han! – szepnął chłopak, odsuwając się jak najdalej od śpiącej dziewczyny. – Przeszkadzasz mi! – dodał z wyrzutem.
- Nie pieprz głupot dzieciaku, twoja ulubiona koleżanka dostała właśnie kopa w dupę od życia i szybko się po nim nie pozbiera. – Meyer zamilkł. Nigdy dotąd Han nie wyrażał się w ten sposób. Starał się ograniczać kolokwialne słownictwo, dystansował się do młodszych kolegów, prychał zniesmaczony…
- Co za zmiana, Han… - wykrztusił w końcu. Po chwili odzyskał jednak zwykłą pewność siebie. – Jednak przegrała? Doszli do wniosku, że oszukiwała? – zapytał z nadzieją.
- Nie. – Japończyk świetnie się bawił, wodząc nastolatka na nos. – Ale straciła kogoś bardzo dla niej ważnego. Została całkiem sama.
Ian poczuł, jak wzbiera w nim złość.
- I dlatego musisz mnie budzić? – wysyczał wściekły. – Znaczy… Musisz mi przeszkadzać? – zreflektował się natychmiast.
- Tak, ignorancie. Bo to oznacza, że – jak już mówiłem – jest tu sama. A skoro jest tu sama i nie ma nikogo, to ciężko jej będzie. Nie utrzyma się długo, ku twojej wielkiej radości.
Ian odchylił głowę do tyłu i roześmiał się cicho.
- Właściwie to dobrze… Że mnie obudziłeś. – stwierdził w końcu. – Odezwij się, gdyby coś się działo. – szybko zakończył rozmowę i właśnie dlatego nie usłyszał, jak Han mruczy coś do siebie. Starając się zachowywać jak najciszej, założył ubranie i opuścił pokój. Z dołu dochodziły radosne okrzyki rozochoconej młodzieży, a on bardzo chciał do nich dołączyć.
Przecież wieczór dopiero się zaczynał…


***

Oprócz NzT to jest najdłuższe opowiadanie, które kiedykolwiek napisałam i ... nie mam dośc. Sukces ;]
Ach.
No i praktycznie po wakacjach...


komentarze [8]

"Coś mocniejszego niż cola" [6] >> czwartek, 26 lipica 2007 14:40:19
- Pojechała z nim! Wsiadła i pojechała! – Patrick z oburzeniem patrzył na podjeżdżający do startu samochód z jego podopieczną w środku. Właściwie można by powiedzieć, że zależy mu na tej dziewczynie bardziej niż na innych, którymi, jak nakazywała matka, od czasu do czasu się zajmował, gdyby nie fakt, że… Co tu dużo kryć, mężczyźni byli o wiele bardziej pociągający.
I wszystko staje się jasne.
Co oczywiście nie przeszkadzało mu w piekleniu się nad tym, że ruda zamiast grzecznie stać obok niego i podziwiać dopiero co rozpoczynający się spektakl, właśnie dostała w nim rolę.
Co za rażąca sprawiedliwość na tym świecie. Pojawiła się na wyścigach pierwszy raz i od razu została zaangażowana.
- Kurwa mać! – zaklął chłopak, wbijając paznokcie w wypielęgnowaną skórę dłoni.
- Jeszcze nie pojecha… - wtrącił się ktoś stojący obok niego. –START! – wrzasnął po chwili sprawiając tym samym, że blondyn aż podskoczył. Zgrzytnął zębami i wolno podreptał w stronę mety.
Jakoś nagle stracił ochotę na wyścigi. Może za sprawą angażu nowej aktorki…?
***
- Uważaj! – pisnęła rudowłosa, kurczowo trzymając się zapiętego pasa. To była kolejna rzecz, którą próbowała złapać w trakcie półminutowego wyścigu i tym razem udało się. Odetchnęła ostrożnie i spojrzała na drogę przed sobą. Obraz za szybą był rozmazany, a samochód dopiero się rozpędzał. Mimo tego, że prędkościomierz wskazywał liczbę, od której aż bolały oczy, nie byli pierwsi. A przynajmniej już nie byli. Ann z zafascynowaniem, a jednocześnie przerażeniem obserwowała, jak jedno po drugim wyprzedzają ich inne auta. Towarzysz zaklął głośno, wrzucił wyższy bieg i nacisnął pedał gazu do końca. Corvetta wysunęła się na prowadzenie, jednak nie na długo. Jasnoniebieski samochód wyskoczył tuż przed maską i rozpoczął taniec na całej szerokości drogi.
- Co on wyprawia? – dziewczyna, w miarę możliwości, wychyliła się do przodu i obserwowała poczynania szalonego kierowcy. – Stracił panowanie nad samochodem? – bardziej stwierdziła, niż zapytała, co skwitowane zostało pogardliwym prychnięciem.
- Oszalałaś? – młody mężczyzna nie był już taki miły, jak na początku. – To jest normalna część wyścigu, tylko do kurwy nędzy, dlaczego tak wcześnie!? – wrzasnął. Ruda widziała, jak żyła na jego skroni zaczyna niebezpiecznie pulsować, co niewątpliwie oznaczało, że jest zły. Ba, zły! Wściekły. Jakby na potwierdzenie tych przypuszczeń, pokręcił kierownicą w prawo i lewo, a corvetta zaczęła miotać się po ulicy.
- Co ty wyprawiasz!? – Ann nawet nie miała zamiaru udawać, że się nie boi. Owszem, z początku to wszystko było szalenie interesujące, ale teraz… Szybko zmieniała zdanie.
A tak bardzo chciała dożyć dwudziestki jako pełnosprawna osoba!
- Co do chol… - urwała, gdy samochodem zarzuciło. Kolega Patricka błyskawicznie zaciągnął ręczny, puścił go, a następnie dodał gazu. Samochód płynnie wszedł w zakręt, wymijając żółte Audi R8. Mercedes jednak już znikał z pola widzenia.
- Żyjesz!? - spojrzał na rudą, a ona słabo pokręciła głową. Owszem żyła, ale ledwo. Kręciło jej się w głowie i szczerze mówiąc, za kierownicą siedziały trzy rozmazane istoty, a nie jeden chłopak.
- Mhm… - wydusiła z siebie, przykładając dłoń do ust.
Tak na wszelki wypadek.
- Przeżyłaś drift, przeżyjesz i to kochanie. – stanowczo odsunął jej fotel do tyłu i odrzucił spoczywającą na dziwnym wybrzuszeniu szmatę. Przechyliła głowę, by przeczytać co jest tam napisane i aż się zachłysnęła. NOS. Podtlenek azotu.
- Przecież to nielegalne!
- A czego ty się spodziewałaś? Kochanie, to, że tu siedzisz też jest nielegalne. Trzymaj się mała. – Poradził życzliwie i wcisnął przycisk na desce rozdzielczej. Ruda poczuła, jak siła odrzutu wciska ją w siedzenie. Próbowała oddychać równo, jednak na próżno – prędkość aż zapierała dech w piersiach.
Przymknęła oczy i nie otwierała ich do końca. Słyszała soczyste przekleństwa szatyna, czuła jak samochód cały drży, kiedy „zamykał budzik”, a z chwilą gdy wysiadła, wszystkie wydarzenia zawirowały w jej głowie jak tornado. Ryk silników, krzyk przegranych, aplauz kibicujących ukochanym dziewczyn… Otworzyła oczy i wreszcie odetchnęła głęboko. Widok był rzeczywiście godny uwagi. Mercedes stał najdalej za metą, a zwycięzca nie kwapił się by go opuścić. Przegrani, skupieni w grupkach, pomstowali mu głośno; co niektórzy, jak na przykład znajomy Patricka, demolowali wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu ich rąk.
- Kurwa nikt go tu nie zapraszał! – wrzasnął i zamachnąwszy się, z całej siły kopnął w stojący obok betonowy słupek. – Zjawia się tu i rozpierdala wszystkich w wyścigach! – rozwścieczony upadł na kolana i zapamiętale uderzał pięściami w ziemię. – Sukinsyn, żeby tak nie dojechał do domu! – krzyk przerodził się w przeraźliwe wycie. Ann zniesmaczona odsunęła się odrobinę. W porządku, wyścigi, samochody – to mogło być ważne, ale nie aż tak, żeby robić z siebie błazna na oczach wszystkich. Cofnęła się i wpadła na kogoś, który rozpaczliwie zamachał rękami, ale utrzymał równowagę.
- O żyjesz. – Patrick odwrócił ją do siebie i przyjrzał się uważnie. – Nie jesteś też uszkodzona. Nieźle. Czyżby Adam jechał ostrożnie i zrezygnował z driftu?
- Jest tam – wskazała ręką, właściwie nie odpowiadając na zadane pytanie.
- Przegrał. – blondyn zabawnie poruszył brwiami. – Nowy go wykończył. Nie był najlepszy, więc w sumie nie wiem czego się spodziewał, ale no cóż… Niby Corvetta nie jest zła, ale przy McLarenie wysiada. Ba, wysiada przy zwykłym Gallardo i Eclipse. A co dopiero Mercedesie… W sumie dobrze, że nie ma tu tego młodego od Hana. Jego Bugatti – ciche westchnienie nie na długo przerwało monolog chłopaka – to dopiero samochód. Właściwie to Bugatti jest Hana, ale smarkacz nim jeździ. - Ann wyłączyła się i nie słuchała go dłużej. Ruszyła w stronę niebieskiego auta, ciekawa, kto napsuł tyle krwi tym młodym ludziom.
Nie musiała długo czekać na odpowiedź.
***
- Dero nie przeszkadzaj! – Ian odepchnął przyjaciela od siebie i rzucił się, by odebrać dzwoniący telefon. To naprawdę cud, że usłyszał go w tym hałasie. Mnóstwo ludzi, mnóstwo głośnej muzyki, mnóstwo lejącego się alkoholu i dziewcząt. Mnóstwo uśmiechu na twarzy i nerwów.
- I jak!? Już!? Po wszystkim!? – krzyknął, kiedy tylko odebrał połączenie. Osoba po drugiej stronie zdołała tylko wykrztusić „spokojnie”, po czym znów umilkła, by wysłuchać Meyera:
- Mam nadzieję, że sprawy idą po naszej myśli i że ta cholerna idiotka nie wtrąca się więcej w to, w co nie powinna. Zajęła się już kuchnią, gotowaniem, domowym ciepełkiem, ogniskiem czy jak tam, nie? – wyrzucał z siebie słowa z prędkością karabinu. – HAN, NO POWIEDZ COŚ W KOŃCU! – ryknął wreszcie, zniecierpliwiony.
Tim przyglądał się bratu od jakiegoś czasu. Zabawnie uniósł brwi, widząc wszystkie kolory tęczy mieniące się na jego bladej twarzy. Miał dziwne wrażenie, że Ian zrobi zaraz coś głupiego - i rzeczywiście. Po zakończeniu rozmowy chłopak wziął zamach i z całej siły rzucił telefonem o podłogę. Czarnowłosy chcąc, nie chcąc podszedł do niego i uśmiechnął się łagodnie.
- Co jest? – zapytał, podając mu kieliszek.
Z colą oczywiście.
- Znowu przegrali! Znowu! – wydyszał Ian, łapczywie wypijając napój. Młodszy Meyer westchnął znudzony.
- Przesadzasz – stwierdził chłodno.
- Przesadzam!? – Dredowłosy wyglądał, jakby zaraz miał dostać ataku apopleksji. – Co ty o tym możesz wiedzieć, co!?
- Wiem tyle Ian. – głos Tima był suchy. – Nie jesteśmy w Berlinie, nie ma tu Hana, nie ma tu wyścigów, nie ma tu konkurencji w postaci „ a ja lepiej jeżdżę”. Jest tylko dobra zabawa. Nie nerwy, nie stres. Więc przestać robić z siebie idiotę, napij się czegoś mocniejszego niż ta cola, niech zaszumi ci w tym pustym łbie. Po prostu wyluzuj i baw się dobrze. – złapał brata za ramiona i obkręcił go w kierunku grupki chichoczących dziewczyn. – I znajdź sobie jakąś miłą laskę, która zrobi ci to… Co tam będziesz sobie chciał – zakończył kulawo ze znaczącym uśmiechem na twarzy. Ian spojrzał przed siebie, z zadowoleniem odnotowując, że przygląda mu się drobna, ciemnowłosa nastolatka. Niebieskie oczy wpatrywały się w niego intensywnie, pełne usta aż zapraszały do pocałunków.
Przygryzł wargi, posyłając dziewczynie to słynne, zniewalające spojrzenie, po czym po prostu znalazł się przy niej i objął ją ramieniem.
Przecież mógł sobie na to pozwolić. Miał jeszcze naście lat, hormony wciąż jeszcze buzowały, a ona była naprawdę miła.
Puścił Sidowi oczko, czując, że wbrew wszystkiemu jednak lubi to koncertowe życie.
Pokoncertowe zresztą też…

***
Trochę inaczej niż planowałam, ale jest.
2x news w galerii (Corvette + Mercedes).
Udanych wakacji ;)
An. i Aś. :*


komentarze [6]

"Pierwszy raz" [5] >> wtorek, 26 czerwca 2007 16:48:07
***

- No jesteście nareszcie – Martin Jost, do tej pory nerwowo krążący po pomieszczeniu, zatrzymał się. – Gotowi? – obrzucił, teraz już wszystkich, członków zespołu badawczym spojrzeniem. Pokiwali głowami, uśmiechając się do siebie radośnie.
- Świetnie, świetnie – zamyślił się manager. – W sumie to nic nowego. Wiecie co robić, sprzęt jest nasz, o nic się nie musimy prosić. Hotele ograniczamy do minimum – zerknął znacząco na Iana, a potem Dera, którzy jak na komendę wybuchnęli śmiechem. Kąciki ust zadrżały lekko, ale zachował powagę. – Oczywiście czasami nie unikniemy nocy spędzanych…
- POZA AUTOKAREM – podpowiedział usłużnie Ian.
- Dokładnie Meyer, dokładnie – Dero sprzedał mu kuksańca w bok.
- Niech wam będzie, poza autokarem, ale…
- Ale jesteś za nas odpowiedzialny i będziemy grzecznymi chłopcami. – wciął się Tim, odkładając telefon na bok. – Matka inspekcję robi. – poinformował brata. Ian zmarszczył brwi i zaczął przeszukiwać kieszenie.
- Kurwa mać! – zaklął szpetnie. – Zapomniałem telefonu! – zerwał się z miejsca, żeby pobiec po „ukochany gadżet”, ale padł jak ścięty, kiedy Dero Braun podstawił mu nogę. Tym razem nawet Martin nie powstrzymał się od uśmiechu. Rozbawiony patrzył na kłębowisko nóg, rąk, dredów kotłujące się u jego stóp.
- Chłopaki spokój! – krzyknął w końcu, próbując ich rozdzielić. Kiedy mu się to udało, znów wybuchnął śmiechem. Rzeczywiście widok był iście komiczny – Dero siedział na Ianie trzymając go za ręce, podczas gdy Tim go łaskotał, a Sid grał pałeczkami na bębnach, za które robiła jego głowa.
- Fuj! – nagle Tim jak oparzony zeskoczył z brata, plując i krztusząc się czymś. – Twój dred chciał mnie udławić! Chciałeś zabić własnego brata! – dramatycznym gestem złapał się za gardło i upadł na podłogę, udając wicie się w konwulsjach.
- Żeby tylko teraz – wycharczał chłopak z dredami, próbując się uwolnić. Wierzgnął nogą, przez co udało mu się zgonić z siebie Dera i mocno przyłożył Timowi w żebra.
- Boże jakie z was dzieci! – Vogel za to zachowywał się wielce dorośle. Okładał Iana po głowie, wystukując pałeczkami tylko sobie znany rytm. - Masz mocną czaszkę! – stwierdził z podziwem.
- To boli! – starszy Meyer skrzywił się i obronnym ruchem złapał za potylicę, by uchronić ją od kolejnych uderzeń.
- Na początku zawsze boli, kochanie! – Braun uwodzicielsko zamrugał oczami, próbując naśladować zachowanie niektórych fanek. – Ale gwarantuję – tym razem zmienił głos, tak, że stał się on męski i głęboki – że za chwilę przestanie.
Manager, obserwujący to całe zajście z wyrozumiałą miną, pokręcił w końcu głową, zniecierpliwiony już zwlekaniem. „Młodość ma swoje prawa’ – przypomniał sobie tak często wmawiane mu przez podopiecznych słowa.
- Jedziemy chłopaki! – zagonił ich w końcu do autokaru, tonem nieznoszącym sprzeciwu.

***

- Łaał, ta bluzka jest genialna, trzymaj! – Ann wepchnęła w ręce Carolin bluzę i torebkę i pognała do kolejnego sklepu. Szatynka westchnęła cicho, ale ruszyła za przyjaciółką z uśmiechem na twarzy. Choć początkowo zdenerwowana, teraz bawiła się lepiej. Ann nic się nie zmieniła – wciąż pogodna, optymistyczna i przede wszystkim wciąż SZCZERA. W przeciwieństwie do innych małych intrygantek modlących się o to, żeby tylko nie wsypać się jakąś głupią uwagą.
- Ładnie ci w tej bluzce – odsunęła lekko zasłonę, obserwując jak rudowłosa wciąga na siebie zieloną koszulkę z głębokim dekoltem.
- Jeszcze nie założyłam… do.. końca – wysapała Ann, szarpiąc się z materiałem. – No i czego się cieszysz? – poprawiła niesforne włosy, które zelektryzowały się i sterczały we wszystkie strony. Naciągnęła do końca bluzkę i okręciła przed lustrem podziwiając efekt.
Całkiem nieźle.
- Z ciebie – odparła zwięźle Lin.
- Super – wymruczała ruda, wciąż oceniając swój wygląd. – A masz jakieś plany na dziś? Co robisz wieczorem? – zagadnęła niewinnie.
- Ja? – szatynka wyraźnie się zmieszała.
Wieczorem?
Co ona mogła robić w niedzielę wieczorem, co nie wymagałoby towarzystwa? Nawet najlepszej przyjaciółki?
- A czemu pytasz? – wybrnęła w końcu. Nerwowo zagarnęła włosy na ucho i z uśmiechem popatrzyła na towarzyszkę.
- Bo wiesz… - Ann zagryzła wargi, myśląc nad czymś intensywnie. – Tak sobie myślę, że…
- Że? – Carolin uniosła lekko brwi.
- Mam sąsiada – zakomunikowała w końcu, po czym zamilkła.
- Niezwykłe, doprawdy… - dziewczyna kpiąco wydęła wargi, oczekując na dalsze słowa.
- Powiedział, że pokaże mi dzisiaj coś fajnego. Wybierzesz się z nami?
Szatynka westchnęła cicho, czując lekkie wyrzuty sumienia. Ann o niej myślała, chciała, żeby razem spędzały czas, a ona? Ona zastanawiała się co zrobić, by nawet najbliżsi nie odkryli jej „zamiłowania”.
Pff, jakby było w nim coś złego!
- Och, szkoda, że mówisz o tym dopiero teraz! – zagryzła wargi. Wyglądała tak, jakby naprawdę było jej przykro. No w końcu uczyła się bycia aktorką… - Umówiłyśmy się z nauczycielką, że idziemy na spektakl – zawiesiła głos, by po chwili kontynuować – bo chcemy podpatrzeć pracę zawodowych aktorów.
- Och… No tak… rozumiem… - ruda zacmokała z niezadowoleniem. Miała ochotę spędzić trochę czasu z przyjaciółką, a ta ciągle jej uciekała! Zmrużyła lekko oczy, podejmując decyzję.
- To ja… - Lin na te słowa zacisnęła palce, bojąc się, że usłyszy trzy słowa – „Idę z tobą”. Tak się jednak nie stało. – To ja go namówię, żeby jeszcze raz nas zabrał, jak będzie ciekawie… - posłała szatynce uspokajający uśmiech.
Uff, udało się?
Chyba.

***
- Jestem – Ann uśmiechnęła się promiennie do blondyna opartego o futrynę. Był całkiem niezły. Jasne kosmyki opadały na błękitne oczy, policzki zdobił lekki uśmiech.
Słodkie ciasteczko, które każda ( bądź prawie każda) dziewczyna miałaby ochotę schrupać.
- No ile można czekać? – wycedził niezadowolony. Włożył dłonie do kieszeni i ruszył w stronę samochodu. – Oni na nas nie poczekają. Zaczynają o ściśle określonej godzinie i mają gdzieś, czy ktoś zdążył czy nie. – wsiadł do srebrnego samochodu i uruchomił silnik.
- Niezła corvetta. – pochwaliła rudowłosa, starając się nawiązać jakiś kontakt. Udało się. Chłopak, mile połechtany komplementem, dotyczącym bądź co bądź w jakimś stopniu jego, rozluźnił się nieco. Otaksował dziewczynę długim spojrzeniem i ponownie skupił się na jeździe.
Przez chwilę jechali w milczeniu, aż w końcu Ann nie wytrzymała.
- Czy ty masz francuski manicure? – wypaliła, intensywnie wpatrując się w dłonie Patricka spoczywające na kierownicy.
- Taaak, a co? – wydawał się być zdziwiony tym pytaniem. – Mam.
- Jesteś gejem? – dziewczyna nie owijała niczego w bawełnę. Świdrowała kierowcę spojrzeniem niebieskich oczu, a na jej ustach błąkał się uśmieszek.
- Nie, no co…
- Jesteś? – powtórzyła mocnym głosem.
- Jestem… Przeszkadza ci to w czymś? – w jego głosie zabrzmiała niepewna nuta.
- No skąd. Geje to najlepsi przyjaciele kobiet – wypaliła szybko i odwróciła głowę, podziwiając mijane budynki.
- Taki pogląd mi się podoba – roześmiał się wesoło, biorąc gwałtowny skręt. Przejechał przez wąską uliczkę i raptownie zatrzymał samochód. Opuścił auto, więc rudowłosa zrobiła to samo.
- Pilnuj się dziecino – poradził, łapiąc ją za rękę i ciągnąc w sobie tylko znanym kierunku. Przymknęła powieki, oślepiona ostrym światłem reflektorów. Głosy, huk pracujących na wysokich obrotach silników…
- Gdzie jesteśmy? – zapytała, rozglądając się uważnie.
- W… prawdziwym Berlinie – odparł pokrętnie, podchodząc do grupki osób i witając się z nimi po kolei. Przedstawił ją i pogrążył się w rozmowie z mężczyzną siedzącym na krawężniku. Ann niecierpliwie przestępowała z nogi na nogę. Mógłby jej powiedzieć o co chodzi, mógłby!
- Echem… - chrząknęła, pragnąc zwrócić na siebie jego uwagę.
- Tak? – obdarzył ją niezbyt przychylnym spojrzeniem, ale… przynajmniej zauważył.
- Możesz mi powiedzieć gdzie jesteśmy? I po co tu jesteśmy? – przekrzywiła głowę na bok, patrząc na niego z oczekiwaniem.
- Jasne. Jesteśmy w pewnej dzielnicy Berlina i czekamy na wyścig. Coś jeszcze? – chłopak nawet nie silił się na uprzejmość.
- Wyścig? – ruda dalej nie wiedziała, co tu robią. – Ścigasz się?
- Ja nie, ale on tak. I reszta. No i ten nowy ma być. – czy naprawdę musiał mówić tak, że niczego nie rozumiała!? Musiał!?
- Super – stwierdziła cierpko, odrzucając długie włosy do tyłu. Podskoczyła jak oparzona, kiedy ryk wzmógł się niespodziewanie. Atmosfera przesycona była oczekiwaniem i rywalizacją.
- Te mała, jedziesz? – chłopak, z którym rozmawiał Patrick, teraz zwracał się do niej. W czarnych oczach błyszczały diabelskie ogniki.
- Jas…
- Ona jest ze mną.
- Pat, kiciu, nie pieprz głupot i nie psuj zabawy – zgasił go twardo. Złapał rudą za rękę i wsadził ją do samochodu. Głośno zamknął drzwi, odetchnął i popatrzył na nią oczekująco.
- Ścigałaś się kiedyś?
- Nie – odpowiedziała niepewnie, zapinając pas. Tak na wszelki wypadek.
- Mądre posunięcie – pochwalił i z uznaniem pokręcił głową. – Więc jesteś dziewicą. No to obiecuję ci skarbie, że twój pierwszy raz będzie niezapomniany…
Wrzucił bieg i ustawił samochód na starcie.
Pierwszy raz.
Szybki, sprawny, niezapomniany, nie do przewidzenia.
O tak.
Nie do przewidzenia.

***

Edit:
Część dłuuuga, mam nadzieję, że się spodoba.
Dziękuję za wyrażanie swoich opinii ;)
Nareszcie nadeszły wakacje i z racji tego robię sobie przerwę. Jadę nad morze, tam będę pisała kolejne części, ale dostępu do Internetu nie będę miała, więc troszeczkę poczekacie.
Pozdrawiam :)
A :*

komentarze [10]

"Prawie jak" [4] >> poniedziałek, 28 maja 2007 22:40:00
Han skrzywił się z niesmakiem, bębniąc palcami w skórzane oparcie sofy.
- Nie wrzeszcz tak – zacmokał z niezadowoleniem.
Szczelniej zasłoniła się szlafrokiem, budując barierę pomiędzy sobą, a nieznajomym.
Choć właściwie to go znała.
Niestety nie od najlepszej strony.
Zmrużyła oczy, przyglądając mu się ukradkiem. Swobodnie rozparty na jej ulubionym miejscu, rytmicznie machał nogą, wyraźnie bawiąc się jej zakłopotaniem.
- Ale.. Ale… Jak tu wszedłeś? – wydukała, czerwieniąc się mimowolnie. – Przecież… Drzwi były zamknięte…
- Mam swoje sposoby. Swoje znajomości. No a poza tym, jak już się zdążyłaś przekonać, to… rządzę tu?
- Pff – wydała z siebie bliżej niezidentyfikowany dźwięk. – Ale to nie uprawnia cię do nachodzenia mnie i włamywania się do mojego mieszkania – dodała gniewnie.
Zerwał się tak, że aż drgnęła i kocim, miękkim krokiem obszedł pokój, w końcu stając przed zdezorientowaną dziewczyną. Nachylił się, ujął pod brodę i zajrzał w oczy.
- Jesteś pyskata, to dobrze - stwierdził z ociąganiem. – Nie wyjeżdżaj – powiedział mocno, przesuwając dłoń na jej biodro. – Nie wyjeżdżaj – powtórzył. Następnie odsunął się, i nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, zniknął.
- Odezwę się – dobiegły ją ciche słowa.

***

Dwie minuty później, trzy kilometry dalej krótki, aczkolwiek treściwy sms błyskawicznie przemieszczał kolejne zakręty elektronicznej sieci, poszukując odbiorcy o numerze 00491520457052.
„Zrobione. Chwyciła” głosiła wiadomość.
Han schował telefon do kieszeni, głośno wypuszczając powietrze z płuc. Ta „Mała” miała potencjał i aż żal byłoby go nie wykorzystać.
Meyer? O tak, on też, ale świeża krew nigdy nie zaszkodzi…
A poza tym to jeszcze dzieciaki, zdążą się polubić.
Nieprawdaż?

***

Rudowłosa dziewczyna ze złością wysiadła z autobusu, potykając się o krawężnik. Cholerny, zatłoczony Berlin z tysiącem mniejszych i większych uliczek.
Ale dlaczego jej przyjaciółka musiała mieszkać akurat na takiej supermalutkiej!? Mikroskopijnej wręcz!? Prychnęła gniewnie i ruszyła w stronę nowoczesnego bloku. Minąwszy bramę, stanęła przed domofonem i nerwowo zaczęła wciskać guzik.
Cisza.
Powtórzyła czynność, obiecując sobie, że jak tylko dorwie Carolin…
- Tak? – usłyszała metaliczny głos.
- CHOLERNA IDIOTKO, ILE MOŻNA CZEKAĆ, STOJĘ TU JUŻ I DZWONIĘ, JAK TA KRETYNKA, MOŻE BYĆ MI OTWORZYŁA CO!? – wydarła się, gwałtownie szarpiąc drzwi.
- O, cześć Ann – usłyszała wesoły śmiech, a po chwili już wchodziła po schodach na 4 piętro.
Zapukała do drzwi, które otworzyły się prawie natychmiast. Stała w nich rozpromieniona Carolin, ubrana w obcisłą koszulkę i wytarte dżinsy.
- Hej skarbie – dziewczyna przytuliła ją serdecznie i wciągnęła do środka. Przeszły do salonu, wymieniając krótkie uwagi na bieżące tematy.
- Mam wrażenie, że… Mam dziwne wrażenie – Ann zmarszczyła brwi, przyglądając się szatynce uważnie.
- Czemu?
- Jakoś się nie ucieszyłaś, że przyjadę, nie? A teraz też nie jesteś skora do pochwalenia się jak ci idzie…Omijasz ten temat. – zadrwiła bezlitośnie.
- To nie tak, Ann, ja po prostu…
- Coś ukrywam? – weszła jej w słowo ruda.
- Nie, eee, no… Wciąż się od n-nowa z wszystkim tutaj poznaję. Wiesz ludzie, sklepy, cluby… - wzruszyła ramionami. – A na dodatek przez to balowanie i rozpoznawanie terenu oblałam egzamin. Pierwszy. Jako jedyna – wyznała niechętnie.
- Ach tak. To po co było się tu pchać, co?
- Bo… Ja chciałam spróbować po prostu. Jak u ciebie? - dziewczyna zgrabnie zmieniła temat.
- Przyjechałam w odwiedziny. Do ciebie. Jesteś moją przyjaciółką, nie odezwałaś się od dwóch tygodni! – Ann wolno cedziła każde słowo. Lin doprowadzała ją do szału swoim zachowaniem. Mogła być zajęta, zmęczona, ale przyjaźń chyba jednak coś znaczy…
Carolin westchnęła cicho i spojrzała jej prosto na nią. Zmęczone oczy, blade policzki.
- Ty, idiotko, co ty z sobą robisz!? – krzyknęła rudowłosa, natychmiast do niej podchodząc. Złość ustąpiła miejsca zatroskaniu. – Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci, co się dzieje!? Jesteś przemęczona? – zapytała, obchodząc niską ławę i chwytając przyjaciółkę za dłonie.
Gdyby tylko wiedziała, czym spowodowane są te wszystkie objawy „zmęczenia”…
- Może troszkę. Każą nam kuć i kuć, ciągle coś nowego – skłamała bez mrugnięcia okiem. Jeszcze dwa tygodnie temu tak cholernie brzydziła się wszystkimi oszustwami, a teraz…
- Zostaw to po prostu. Opuść zajęcia raz czy dwa… Przecież nic się nie stanie – poradziła.
A owszem, nic by się nie stało, ale na zajęciach nie była od? Od wtorku? Tak, a dzisiaj była sobota. Potem niedziela i kolejny wyścig. Zadrżała mimowolnie. Samo wspomnienie o samochodach, wyścigach i konkurentach, sama tylko myśl wywoływała nieprzyjemny chłód i dreszcz. Oczekiwanie. Rywalizacja.
- Ziemia do Carolin! – rudowłosa pomachała jej ręką przed nosem. Zamrugała przestraszona, przeciągając się leniwie.
- Co? A tak, tak… Jasne. To może… Jutro?
- Jutro jest niedziela. Nie idziesz nigdzie.
- O właśnie… To może… - powoli dobierała słowa, żeby nie palnąć niczego głupiego.
- Może?
- Wybrałybyśmy się na zakupy? Po południu? – wybrnęła z sytuacji.
- Jasne, czemu nie? – Ruda puściła koleżance oko.
Prawie jak za starych, dobrych czasów.
Prawie jak.

***
- Ian, gotowy? – czarnowłosy młodzieniec wpadł do hotelowego pokoju – Co ty kurw… - zdziwiony popatrzył na brata, który błyskawicznym ruchem schował coś do kieszeni.
- Ian? – zapytał niepewnie.
- Tim? – blondyn odparował cięcie, szybko wycierając nos w rękaw bluzy. Stłumił kichnięcie i przyjaźnie uśmiechnął się do Tima.
- Jak rozumiem jesteś gotowy? – młodszy Meyer wciąż był podejrzliwy. Choć o wszystkim wiedział. I jak mu się wydawało wszystko rozumiał.
- Zawsze i wszędzie. To jedziemy? – Ian zarzucił torbę na ramię. Naprawdę był już gotowy do wyjścia.
- Tak, Ian. Jedziemy – w tonie Tima słychać było nutę groźby. – Chciałem ci tylko powiedzieć, że…
- Że dłużej nie będziesz mnie krył i tak dalej i tak dalej. Znam to na pamięć. Na pamięć, Tim – przewrócił oczami, podszedł do chłopaka stojącego w drzwiach, objął go ramieniem – Wszystko jest ok., stary – zapewnił.
- Mam nadzieję – westchnął z rezygnacją brat, przymykając oczy. – Mam nadzieję – powtórzył ciszej.


Edit:

Hmm, trochę czasu, a więc i trochę tekstu. Jeżeli chcecie być powiadamiani o notkach, to po prostu śledźcie opisy: 7047816 :) Mam za mało czasu, by wszystkim napisać " u mnie news", wybaczcie :P
Miło by było doczekać się kilkunastu komentarzy z Waszymi opiniami nt. rozdziału, tak jak poprzednio, ale nie napiszę "20 komentarzy i nowy rozdział", bo to tak... no właśnie... Nie po mojemu :P Ale zachęcam do wypowiadania się :D
Pozdrawiam serdecznie x)

komentarze [11]

"Wilkommen in Berlin" [3] >> piątek, 4 maja 2007 21:38:39
- Co? – warknął ochryple. – Jak to? – zrobił parę kroków naprzód.
- Normalnie. Patrz – Alan podniósł owego „mężczyznę” by pokazać „go” przyjacielowi. Długie, ciemne włosy, już niezwiązane, opadały na jak najbardziej kobiecą twarz, na której malował się wyraz nienawiści.
- Puszczaj! – kopnęła go w goleń, a ten natychmiast zwolnił uścisk. Mocno zagryzła usta, wyprostowała się z godnością i spojrzała mu prosto w oczy. Co prawda musiała zadrzeć głowę do góry, ale to nie przeszkodziło temu, by okazać mu zniechęcenie.
- Zjeżdżaj stąd – Ian nasunął czapkę na czoło, nieudolnie kryjąc poirytowanie. – To moja dzielnica i jak się nie wyniesiesz, to źle się to dla ciebie skończy. Nikt nie chce tu nowych. Rozumiesz? – kpiąco wydął usta, oczekując na odpowiedź, która jednak nie nadchodziła. Szybkim ruchem położył dłoń na karku dziewczyny i dwoma palcami ścisnął odpowiednie punkty. Skuliła się z bólu, ale nadal milczała.
Twarda sztuka, przyznał niechętnie, przesuwając rękę odrobinę wyżej. Tym razem zadziałało, wrzasnęła z bólu i drżącym od gniewu głosem wykrztusiła:
- Nie ma mowy!
- Patrz – podsunął jej telefon pod nos, wskazując godzinę. – Jest 22.15 Za 12 godzin ma cię tu nie być. W przeciwnym wypadku… Inaczej porozmawiamy – zagroził.
Odepchnął ją od siebie i odszedł. Słyszała jeszcze jakieś słowa pod swoim adresem, ale skierowane do kogoś innego. Tak jak gdyby już jej nie było. Jak gdyby zniknęła. Zataczając się z bólu, ostrożnie wsiadła do samochodu i wygodnie oparła się o siedzenie.
Cholera.
Że niby ma wyjechać?
O nie, zbyt dużo miała do zyskania…
Był tylko jeden problem.

Za wcześnie ją odkryli.

Ale to i tak nie był powód, żeby miała się stąd wynosić.

***

Ian zgrzytnął zębami ze złości.
Rany, co za upokorzenie!
Przecież, gdyby wiedział, że jest kobietą to by jej nie uderzył.
Chyba.
- Ian? – głos przyjaciela wyrwał go z zamyślenia.
- Dali się pokonać dziewczynie? – wycedził, prychając pogardliwie. – Pierwszej lepszej, która nawet pewnie biegów nie odróżnia! – wyrzucił z siebie jadowicie.
- Wyluzuj – Japończyk obojętnie wzruszył ramionami. – Raz się wygrywa, raz przegrywa, dobrze wiesz.
- Ona ma się wynieść z miasta, mają tego dopilnować. I ewentualnie jej w tym pomóc, jeśli nie zrozumiała.
- Nie masz ochoty na zabawę? – zdumiony uniósł brwi. – Mogłoby być interesująco… - ściągnął usta w ironicznym uśmiechu. – Zwłaszcza, że tak narzekałeś na nudę. Nie powiesz mi chyba, że Ian Meyer tchórzy?
- Ja!? – rąbnął pięścią w stół, wyrażając tym swoje oburzenie. – Chyba śnisz! – wrzasnął. – Niby, że jakaś pierwsza lepsza dziwka ma być lepsza ode mnie!? Po moim trupie! Ja po prostu nie mam teraz czasu! Nie mam czasu Han, na zabawy z małymi Barbie!
- No, to wszystko jasne. – Han zerwał się ze skórzanego fotela. – Tchórzysz - jego skośne oczy błyszczały.
- Ja… Dobra. Ale to nie tak jak myślisz… A zresztą. Rób co chcesz – dredowłosy smętnie zwiesił głowę. Han zaśmiał się triumfalnie i złapał kluczyki.
- So welcome in Berlin, mała – wymruczał, wychodząc.
Słowa zawisły w pokoju niczym gęsta, ciemna deszczowa chmura.
Welcome.

***

- Co do cholery!? – dudniący głos nowego sąsiada sprawił, że przyspieszyła. Żeby jej tylko nie zobaczył, nie teraz! Całym ciężarem ciała oparła się o drzwi i otworzyła je najszybciej, jak tylko potrafiła. Odetchnęła z ulgą, wtaczając się za próg, głośno zatrzasnęła mahoniowe wejście za sobą, zamykając je na klucz. Opadła na kolana, czując nieznośny uścisk w klatce piersiowej. Ściągnęła z siebie kurtkę, a potem, nieco wolniej i ostrożniej, aby nie urazić potłuczonych miejsc, bluzkę. Znalazła zapinkę i zaczęła uwalniać się z bandaży. Musiała je nosić, w końcu była facetem, a oni nie posiadają piersi. Odetchnęła głęboko, rozkoszując się swobodą. Co za ulga – po paru godzinach w tym „kombinezonie” ciało było zmęczone, obolałe. Tu, w swoim mieszkaniu, nie musiała nikogo udawać. Nie była mężczyzną, była sobą. Uczennicą szkoły. Młodą, pewną siebie dziewczyną.
Drgnęła, słysząc krótki, irytujący dzwonek. Telefon. W pierwszej chwili poderwała się, żeby odebrać, ale oprzytomniała – to mieszkanie jej ciotki. Umówiła się z nią, że zamieszka u niej i nie będzie robiła problemów, co zresztą było prawdą, bo Amelia Bonnet całymi dniami była w pracy, albo na służbowych balach, ale… Odebranie telefonu, który na pewno nie był do ciebie, nie byłoby szczytem grzeczności.
Roześmiała się lekko, kiedy sygnał urwał się, zastanawiając się kto to mógł być.
Kochanek? Przyjaciółka? Ktoś z rodziny?
Nieco sprawniej zrzuciła z siebie bieliznę, nago przemaszerowała przez przedpokój i weszła do łazienki, a potem od razu pod prysznic.
Po długim i męczącym dniu chciała zmyć z siebie kurz i huk wielkiego miasta.
Nie nacieszyła się długo spokojem i ukojeniem, które przynosi ciepła woda. Z wrzaskiem wyskoczyła z kabiny, czując jak zimne krople padają na jej rozgrzaną skórę. Klnąc, na czym tylko świat stoi, narzuciła na siebie luźny, rozciągnięty t-shirt, puchaty szlafrok i ruszyła do kuchni, połączonej z salonem. Zapaliła światło, omiatając spojrzeniem całe pomieszczenie. Ciszę rozdarł jej krótki, ale wysoki krzyk.


***

Krótko. Jutro cały dzień brat poza domem, może dostanę kopa i zacznę pisać coś dalej ;)
Buziaaaki ;P

Edit: Dodałam mały fragment, bo aż wstyd, że tylko dwa akapity. O :P

komentarze [16]








Księga Gości


Galeria


Fav me


Archiwum

2007
kwiecień (2)
maj (2)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (1)
sierpien (2)

2009
marzec (1)


Linki

Opowiadania
Narrowille
Droga do stacji "Szczęście"
Pięć tysięcy słów
Malfoy Manor


Ulubieni

gustav-th-opoteatrzemsty

Lay


Grafika wykonana przeze mnie, dla mnie, ze zdjęciami pobranymi stąd i stąd.